Sprawa wuja Fela

Start / Début Up / Retour

 

Jak powiększyć fotografię czy rysunek? Kliknij tutaj

Od wczesnego dzieciństwa słyszałem o Sprawie wuja Fela. Słyszałem o niej tylko od mamy, gdyż nie wielu już członków jej rodziny jeszcze żyło kiedy dorosłem do wieku słuchania rodzinnych opowieści, a ci co jeszcze żyli byli daleko. Moja mama była ostatnim dzieckiem starych już rodziców; gdy się urodziła dziadek miał 57 lat a babcia prawie 40, i od kiedy pamięta w domu mówiło się często o poległym w 1915-tym roku Józefie, a później o męczeńskiej śmierci Fela w roku 1918-tym.

 Mama opowiadała, że trochę pamięta brata Fela jak wpadał na krótko do domu rodziców, a czasami nawet w mundurze i na koniu. Brał ją wtedy przed siebie i objeżdżali dwukrotnie duży ukwiecony okrągły klomb znajdujący się przed głównym wejściem do dworku. Miała wtedy niecałe pięć lat.

 Mijały lata i Sprawa wuja Fela wracała regularnie w opowiadaniach rodzinnych. Kiedy byłem już dorastającym chłopcem, mama powiedziała, że właściwym zabójcą wuja Fela był pułkownik Pieńkowski. Wspomniała też, że całą sprawę opisała Zofia Kossak-Szczucka w książce Pożoga, wydanej w 1922-gim roku. Pożogi w domu nie mieliśmy a zdobycie tej książki, ze względu na jej „anty-radziecki” klimat, było nie możliwością za czasów „budowy socjalizmu” w Polsce. Lata więc płynęły a Sprawa wuja Fela nabierała znaczenia rodzinnej legendy.

 Będąc najmłodszą w rodzinie, mama, szybko potraciła swych najbliższych. Rodzice jej zmarli u progu II-giej wojny światowej; ojciec, Stanisław Szaniawski, w 1939-tym, a matka, Wanda Szaniawska z Zawrockich, w 1940-tym. W 1953-cim zmarł na gruźlicę, młody jeszcze, ostatni brat mamy Wacław, a w 1976-tym zmarła na cukrzycę jej najserdeczniejsza przyjaciółka i powiernica, kuzynka Jańcia Jagiełłowicz. W 1979-tym roku zmarł na serce Kazimierz Szaniawski, ostatni z jej kuzynów z którym utrzymywała bliski kontakt. Została sama ze Sprawą wuja Fela.

 Co to była za sprawa? Z opowiadań mamy wynikało, że do rewolucji rosyjskiej 1917-go roku, wuj Felo był oficerem polakiem w armii carskiej. Po wybuchu rewolucji znalazł się, jak wielu Polaków, na rozdrożu i chciał przyłączyć się do tworzonych na Wołyniu i Podolu polskich sił zbrojnych. Ażeby do nich dotrzeć dowodził niewielkim oddziałem partyzanckim, złożonym z takich jak on polskich żołnierzy kresowych. Aby przetrwać, musiał rekwirować żywność po wsiach i nie dać się wziąść do niewoli przez zajmujących Ukrainę Niemców i Austryjaków. Kiedy dotarł w końcu do formującego się w Antoninach III-go Korpusu Polskiego, został aresztowany przez pułkownika Pieńkowskiego, postawiony pod sąd polowy, skazany za rozbój i nie subordynację i rozstrzelany przez oficerów Legii Oficerskiej, swoich rodaków i kolegów.

 Mama zawsze uważała, że jej brat Felo był kozłem ofiarnym i został zabity przede wszystkim dla ukrycia machlojek samego pułkownika Pieńkowskiego, który ponoć zarzucał wujowi to co sam czynił. Według opowiadań mamy, wuj Felo napisał list pożegnalny do rodziny, ale nic nie mówiła co się z tym listem stało; twierdziła też, że wuj Wacław po śmierci brata odgrażał się, że zastrzeli pułkownika Pieńkowskiego i cała rodzina miała dużo kłopotu aby go od tego desperackiego kroku powstrzymać.

 Sprawa wuja Fela zawsze działała na moją wyobraźnię. Nieraz myślałem co ten człowiek odczuwał stojąc przed lufami karabinów wymierzonych w niego przez jego własnych kolegów. Dlaczego naprawdę zginął? Komu zależało na jego śmierci?

 Życie pędziło naprzód i przysłaniało sprawy przeszłości nowymi wydarzeniami. W 1967-mym roku wyjechałem z Polski (przez Polservice) na dwu letni kontrakt do Maroka i … już do kraju na stałe nie wróciłem. Po ośmiu latach pobytu w Maroku wyjechałem z rodziną do Kanady, gdzie mieszkam po dzień dzisiejszy.

 Na początku roku 1991-go zmarła moja mama. Przyjechałem do Polski i spędziłem z nią ostatnie dwa tygodnie. Umierała, a właściwie wysychała na raka trzustki. Przez ostatnie dni była już właściwie nie przytomna. Nie rozmawialiśmy na żadne tematy rodzinne; nie miała już siły. Jej śmierć uświadomiła mnie, że tempus fugit, i że mnie też już bliżej jak dalej. Biedna, nie zdążyła już napisać krótkiej historii swojej rodziny, o którą ją dwa lata wcześniej listownie prosiłem. Śmierć mamę zaskoczyła całkowicie, tak jak nas wszystkich. Tylko myśmy wiedzieli przez ostatnie parę miesięcy, że ona umiera, a ona chyba nie. W każdym razie nie wierzyła w swoją śmierć w wieku 77-miu lat.

 Tak jak Sprawa wuja Fela, tak i sprawa wróżby niewidomej ukrainki była legendą rodzinną. Według tej legendy, kiedy mama miała 16-cie lat i mieszkała z rodzicami w Księżomieszy (lubelskie), poszła z koleżankami do sadu parafialnego na zbiór owoców. W trakcie zrywania któraś z koleżanek powiedziała, że nie opodal plebani, w starej chatynce mieszka stara niewidoma Ukrainka, która przepowiada przyszłość. Podniecone dziewczyny rzuciły kosze i pobiegły do chatki, za wyjątkiem mamy, która nie bardzo wierzyła w te wróżby.

 Po nie długim czasie jedna z dziewcząt wróciła do sadu i bardzo podniecona powiedziała, że stara Ukrainka chce tylko mamie wróżyć, mówiąc : „- to jest dzień tej młoduchy w kwiecistej sukience co sama w sadzie została!” Ociągając się trochę, mama poszła do chatki i usłyszała całe swoje przyszłe życie. Starucha przepowiedziała nieśmiałego męża z błotnej krainy, wielką wojnę, urodzenie wielu dzieci, z których tylko czworo przeżyje oraz, ze mama dożyje do 90-go roku.

 Dla naszego ojca i dla nas trojga najstarszych wiarę w przepowiednię niewidomej Ukrainki utrwalił fakt, że kiedy już wiedzieliśmy o wróżbie jedynie czworga dzieci mamy mających dożyć starości, mama rodziła następne. Czworo zmarło jako niemowlęta. Ostatnia z żyjących, Inka, urodziła się w osiemnaście lat po mnie, kiedy mama miała już 43 lata.  

 Mówiąc o tym rzadko, mama wierzyła głęboko, że dożyje 90-ciu lat. Wróżba Ukrainki sprawdzała się w miarę upływu lat. Poślubiła nieśmiałego Edmunda z błotnistego Polesia, przeżyła wielką wojnę i widziała zgwałcone i straszliwie zmasakrowane zwłoki swojej najlepszej przyjaciółki Lusi, która również była w sadzie i zmusiła niewidomą ukrainkę do wróżenia. A Ukrainka, odmawiając jej kilkakrotnie, w końcu powiedziała : „- umrzesz młodo, w straszny sposób z ręki moich pobratymców”.

 Kiedy wraz z ojcem odmówiliśmy modlitwę za zmarłych nad ciepłym jeszcze ciałem mamy, mój młodszy brat Leszek zawołał: „- Mój Boże, myliliśmy się wszyscy, mama miała żyć do 1990-go roku, a nie do 90-tego roku życia!” Mama zmarła 12-go stycznia 1991-go roku. Moje rodzeństwo twierdzi, że zmarłaby o kilka tygodni wcześniej, ale postanowiła czekać na mnie, najstarszego, który nie mógł przyjechać wcześniej ze względu na operację nogi.

 Po powrocie do Kanady zacząłem coraz intensywniej myśleć o rozpoczęciu zbierania materiałów z historii naszych rodzin. Napisałem do ojca list z prośbą spisania historii jego rodziny i zaczęłem szukać książki Kossak-Szczuckiej, Pożoga. Mur berliński upadł, socjalizm też, i w Polsce i w Związku Radzieckim. Wracała więc nadzieja, że zabronione przez prawie pół wieku książki wrócą na półki księgarń.

 W końcu, w 1994-tym roku, za pośrednictwem biblioteki polskiej w Montrealu uzyskałem egzemplarz Pożogi, wydanej w 1990-tym roku na Śląsku przez księgarnię św. Jacka i Towarzystwo im. Zofii Kossak, na stulecie urodzin autorki.

 W Pożodze, na stronie 141, znalazłem taki to ustęp:

 … Jedną z najcharakterystyczniejszych postaci tego rodzaju był Szaniawski, młody chłopiec, syn znanej i szanowanej ogólnie rodziny, dowódca oddziału partyzanckiego na Wołyniu. Ten dążył już ku Antoninom dla połączenia się z III-cim korpusem, niestety o kilka tygodni za późno. Zaskoczony koniecznością rozbrojenia oddziału, nie mógł się z nią pogodzić; roił o przedostaniu się do Hallera, jak inni liczył na cud. Tymczasem w dalszym ciągu rekwirował po wsiach konieczne dla oddziału zboże i brał pieniądze. Chłopi odnieśli się do Niemców. Szaniawski rozbił parę patroli niemieckich, wysłanych dla aresztowania go. Sprawa stała się, nader poważna. Trzeci korpus, zagrożony w swym istnieniu (jeszcze w możność istnienia wierzono), ogłosił Szaniawskiego, za podlegającego sądowi wojennemu i polecił go ścigać. Szaniawski byłby mógł jeszcze się kryć, rozpuścić oddział; nie uczynit tego… Zaaresztowany przez pułkownika Pieńkowskiego, został skazany na śmierć « za samowolne i bezprawne nakładanie kontrybucji i zbrojne naruszenie neutralności wojsk niemieckich ». Legia oficerska wykonała wyrok, dając tym szczytny przykład posłuszeństwa i zaparcia się siebie. Na ręce tych wykonawców – przyjaciół i kolegów - Szaniawski zostawił list do rodziny, w którym prosił, aby oczyszczono jego pamięć, i stwierdzał, że nie był bandytą; że chciał działać jak najlepiej i służyć ojczyźnie. Błądził w postępkach, ale pobudki miał czyste. Ta rozdzierająca w swej szczerości spowiedź chłopca wielkich zdolności i serca, który mógł być dumą kraju, a skończył marnie z ręki swoich braci, zasługiwała na miano symbolu całego tego okresu szarpaniny politycznej, najlepszych chęci gubiących się wśród chaosu, skarbów moralnych i materialnych ginących bezpłodnie dla kraju …

 Byłem jednocześnie ucieszony i rozczarowany. Z jednej strony nareszcie znalazłem relację naocznego świadka wydarzeń, a z drugiej wzmianka wydawała się za krótka. Prawdopodobnie moja bujna wyobraźnia spodziewała się połowy książki poświęconej Sprawie wuja Fela.

Sprawa pułkownika Pieńkowskiego pozostawała w dalszym ciągu niewyjaśniona. Kossak-Szczucka prawie nic nie pisze o jego roli w skazaniu i egzekucji wuja Fela. No i jaka była dokładnie treść tego listu ? Mama nic nie mówiła o spowiedzi brata. Do jakiej winy się poczuwał ? Co się z tym listem stało ?

 Jak wiadomo nie łatwo jest odtworzyć szczegóły rodzinnej przeszłości kiedy brak zapisków, a za późno już na skorzystanie z pamięci ludzi współczesnych wydarzeniom tej przeszłości. Podejmuję, mimo wszystko, to trudne ale i pasjonujące zadanie nie tylko dla przybliżenia moim emigranckim dzieciom i już tylko pół-polskim wnukom odległej ojczyzny ich przodków, ale również i z własnej potrzeby podróży do krainy cieni moich praojców.

 Wierzę głęboko, że w miarę upływu czasu i stałych poszukiwań uda się odtworzyć jak najwierniej szczegóły tej Sprawy i że gdzieś w jakimś publicznym lub prywatnym archiwum stoi lub leży stara zakurzona książka lub notatnik, a może i jedno i drugie, w których jakiś świadek Sprawy wuja Fela lub skrupulatny kronikarz wynotował swoje uwagi i własną ocenę wypadków. Mam również nadzieję, że zachowały się jakieś urzędowe (wojskowe) dokumenty Sprawy. Będę szukał i proszę ewentualnego czytelnika tych słów o pomoc w szukaniu.

 Znany i ogólnie szanowany, jak pisze Kossak-Szczucka w przytoczonym wyżej fragmencie Pożogi, ród Szaniawskich herbu Junosza jest bardzo stary i pełno o nim zapisków zarówno heraldycznych jak i bibliograficznych. W VIII – mym tomie herbarza Kaspra Niesieckiego, z 1839 roku, znajduje się taki oto opis rodziny:

 Szaniawski herbu Junosza, w ziemi Łukowskiej i indziej. W tym domu przywilej chowają Władysława Jagiełła Króla, dany w r. 1429 w którym Mikołaja de Szaniawa, i braci jego Felisławowi, Janowi, Michałowi, Paskanowi, Stanisławowi i Maciejowi do Szaniawy w Łukowskiej ziemi leżącej, niektóre grunta dał, darował w nagrodę ich zasług: kędy się potem rozrodzili…

 W uzupełniającym tomie X - tym, wydanym w roku 1841, Niesiecki dodaje:

Szaniawski herbu Junosza. – O tych stoi w Tomie VIII, ale tam zamieszczona wiadomość nie jest dość dokładna. Z rozlicznych konarów, ze wspólnego zapewne pnia wychodzących, przywiedziemy tu jedną familią znakomitą w dostojeństwa i urzędy…

 … Familia Szaniawskich przez Króla Władysława Jagiełłę na godność szlachecką wyniesiona, używa li tylko herbu Junosza, lecz z rozlicznemi odmianami, tak co do kształtu baranka (z rogami, bez rogów, z podniesioną prawą nogą przednią, z raną w piersiach, z której się krew sąszy do kielicha i.t.p.), jako też i godeł po nad hełmem; jedni bowiem mają samą koronę, inni koronę z której pięć piór strusich lub połowa baranka wychodzi. – Familia ta zagnieździła się pierwotnie w Mało-Polszcze, a mianowicie w ziemi Łukowskiej, która pod ówczas była częścią województwa Sandomierskiego, lecz od roku 1471 pod władzę zwierzchnią nowo utworzonego województwa Lubelskiego przeszła…[1]

Jak korzystać z odnośników ?

Rodzice mojej mamy: Stanisław Junosza Szaniawski i Wanda Brochwicz Zawrocka wyrośli w zaborze rosyjskim. O rodzinie babci Zawrockiej wiem jeszcze nie wiele, chociaż posiadam sporo starych fotografii. Dziadek Stanisław był jednym z młodszych synów i nie miał szans na objęcie rodowego majątku Mytki, leżącego w powiecie Mohylowskim na Podolu, o kilkanaście wiorst na południe od parafialnego miasteczka Bar, tego od konfederacji barskiej. Z zapisków na starych, XIX – wiecznych, zdjęciach oraz z zapamiętanych wspomnień mamy zdołałem wywnioskować, że dwaj synowie Józefa Szaniawskiego i Róży Czarneckiej wysłani zostali na nauki do Rosji. Mikołaj do Odessy, a Stanisław (mój dziadek) do Moskwy.

 Przywiązanie do munduru i służby wojskowej było w rodzinie Szaniawskich zawsze bardzo silne. Wszyscy trzej synowie Stanisława zaczynali kariery od wojska. Józef, najstarszy, zginął na froncie Pierwszej Wojny w lipcu 1915-go roku w wieku lat dwudziestu. Feliks został rozstrzelany w marcu 1918-go roku, w podobnym wieku, natomiast Wacław był w carskim korpusie kadeckim w Kijowie, chyba już od 1914-go roku.

Tak więc w lutym 1917-go roku, w okresie który przyjąłem jako początek Sprawy wuja Fela, dwaj żyjący synowie Stanisława Szaniawskiego oraz jego brat byli w armii rosyjskiej. Feliks na froncie płudniowo-zachodnim, Wacław w korpusie kadetów w Kijowie i gdzieś także wojował jego brat Mikołaj.

*  *  *

 Lata 1917-18 wstrząsnęły światem. Dla Polaków były latami kolejnej narodowej tragedii, ale również i olbrzymich nadziei. Kończyła się przeszło wiekowa niewola i coraz bliższa stawała się wizja niepodległej ojczyzny z biało-czerwonym sztandarem i dumnym białym orłem na wojskowej rogatywce.

 Po wybuchu pierwszej rewolucji w Rosji i ogłoszeniu przez Rząd Tymczasowy odezwy o uznaniu prawa narodu polskiego do utworzenia Niepodległego i Zjednoczonego Państwa Polskiego, na Podolu i Wołyniu, tak jak wśród ogółu wojskowych Polaków, powstał żywiołowy pęd do wyłączania się z armii rosyjskiej i formowania odrębnych polskich oddziałów. 

Ten naturalny pęd trzeba było jakoś zorganizować. Według przybliżonych obliczeń obydwa fronty rosyjskie (południowo-zachodni i rumuński) liczyły około 160-ciu tysięcy Polaków, co nawet przy połowicznym rezultacie wydzielania się, mogło dać liczbę zupełnie wystarczającą do sformowania silnego polskiego korpusu na Ukrainie.[2]

 Już w marcu 1917-go roku powstaje w Piotrogrodzie Związek Polaków Wojskowych. Miał on zapewnić łączność oraz wzajemną pomoc między wojskowymi Polakami armii rosyjskiej na gruncie narodowym. Inicjatywę zrzeszania się podchwycono wszędzie.

 Niestety, emigracja polska w Rosji była bardzo politycznie podzielona. Od razu powstały aż cztery obozy, a każdy z nich opierał się na innych zasadach. Nowy rosyjski premier i minister wojny, Kiereński, nie był przychylny wydzielaniu się Polaków z armii rosyjskiej. Rosjanie wykorzystali więc od razu panującą niezgodę i formującą się w Proskurowie (zwanego również Płoskirowem) pierwszą polską formację wojskową, Dywizję Strzelców Polskich, przenieśli bardzo szybko na front do Galicji wschodniej.

 Wojskowi Polacy rozsiani byli po całym terytorium byłej carskiej Rosji. Większość z nich nie mogła dotrzeć do formującej się Dywizji Strzelców Polskich, tak więc organizowano wiele lokalnych zjazdów, z których najważniejsze były: zjazd na froncie północnym w Rzeżycy i zjazd na froncie zachodnim w Mińsku Litewskim.

 Ze względu na znaczne różnice poglądów w rezolucjach z tych zjazdów, z inicjatywy związków frontu zachodniego, okręgu moskiewskiego i piotrogrodzkiego, zwołano w Piotrogrodzie ogólny Zjazd Wojskowych Polaków, na którym na honorowego prezesa wybrano Komendanta Józefa Piłsudskiego.

 I znów nastąpił rozłam. Prawie natychmiast po rozpocząciu Zjazdu, delegaci podzielili się na trzy grupy, które później zidentyfikowano jako prawicową, centrum i lewicową. W sprawozdaniu ze Zjazdu pisano:

 …Prawica grupowała zwolenników stworzenia odrębnego Wojska Polskiego na wschód od kordonu wojennego; odzywały się też stamtąd głosy o konieczności osiągnięcia dla tego wojska praw armii koalicyjnej; centrum, które się określiło nieco później, uważało za pożądane zgrupowanie Polaków, będących w armiach rosyjskich, w odrębną jednostkę z pozostawieniem jej w wojsku rosyjskim; lewica była przeciwna tworzeniu wszelkich jednostek wojskowych, złożonych z Polaków...[3]

 Ten rozłam ideowy doprowadził do podsycania przez bolszewickie grupy agitacji przeciwko formowaniu się Wojska Polskiego, do zanarchizowania się rezerwowego pułku w Biełgorodzie, a później do rozlewu bratniej krwi na ulicach Witebska w czasie koncentracji I-go Korpusu Polskiego. Wynikiem Zjazdu było utworzenie Naczelnego Polskiego Wojskowego Komitetu Wykonawczego, tak zwanego „Naczpola”.

 Głównymi inicjatorami tworzenia się aktywnych formacji wojskowych na Wschodzie byli członkowie Polskiej Ligi Wojennej Walki Czynnej, założonej przez byłych członków organizacji Armii Polskiej ze Lwowa (1909). Oni to również stali się później jedyną ostoją w formowaniu się I-go i innych Korpusów Polskich na Wschodzie.

 Cała młodzież akademicka, znajdująca się w szkołach wojskowych w Kijowie tworzyła koła Ligi, które najbardziej intensywnie pracowały w czasie formowania Korpusów, a następnie w grudniu 1917-go, jako podchorążowie przybyli do I-go Korpusu. Prawie natychmiast wszystkie miejsca etatowe dla oficerów w oddziałach  I-go Korpusu polskiego zostały zajęte. Wobec mnóstwa zgłoszeń „Naczpol” postanowił utworzyć oddział nazwany Legią Oficerską (lub Legią Rycerską).

 Część Legii Oficerskiej przyłączyła się do I-go Korpusu, a część przybyła z Kijowa, przez Starokonstantynów do Tywrowa. Ta druga część składała się z dwóch kompanii: 1-szej pod dowództwem pułkownika Pieńkowskiego i 2-giej pod dowództwem pułkownika Karasia.

 „Naczpol” nie został ostatecznie zatwierdzony przez Kiereńskiego i nie mógł realizować uchwał Zjazdu. Pracował więc nie legalnie i stopniowo koncentrował się jedynie na organizacji I-go Korpusu.

 Postępująca anarchia w armii rosyjskiej doprowadziła do mordowania wszystkich wyższych dowódców. Z powodu trudności organizacyjnych, zredukowany do kilku tylko osób „Naczpol” poddał się praktycznie rozkazom dowódcy I-go Korpusu, generałowi Józefowi Dowbór-Muśnickiemu.

 „Naczpol” działał przy I-szym Korpusie, znajdującym się daleko na północy, w Mińsku Litewskim, a dla potrzeb akcji wydzielania wojskowych Polaków na terenach Ukrainy (Wołyń i Podole), Besarabii i Kijowa potrzebne były organizacje miejscowe. Wzrastająca anarchia oraz brak kompletny łączności (funkcjonujące jeszcze telegraf i kolej były w rąkach bolszewickich) spowodował stworzenie przez „Naczpol” Naczelnego Inspektoratu Polskich Sił Zbrojnych na Ukrainie z generałem Eugeniuszem de Henning Michaelisem jako naczelnym inspektorem.

 Generał, pełen najlepszych chęci, próbował zorganizować akcję sformowania się II-go i III-go Korpusu, ale kwestionowanie jego decyzji przez odległy „Naczpol”, wrogi stosunek ówczesnej władzy na Ukrainie (Centralnej Ukraińskiej Rady Ludowej) oraz złe wyczucie sytuacji powodowały, że akcji wydzielania się wojskowych Polaków z armii rosyjskiej nadano charakter obozów mających za zadanie zorganizowanego powrotu do Kraju, a nie akcją sformowania Wojska Polskiego do walki o niepodległość Polski.

 W połowie stycznia 1918-go roku bolszewicy rozpoczęli ofensywę na Kijów, celem usunięcia Centralnej Ukraińskiej Rady Ludowej na rzecz sowietów. W ciągu lutego i marca, tegoż roku, pojedyńcze oddziały polskie, rozsiane po całej Ukrainie, a mające tworzyć III-ci Korpus, prowadziły cały szereg walk obronnych z bandami ukraińsko-bolszewickimi, popieranymi skrycie przez rząd ukraiński, a jednocześnie walczyły w pobliżu frontu austro-rosyjskiego z bolszewikami, którzy starali się bezwzględnie tępić polskie oddziały.

 Z powodu ataku bolszewików na Ukrainę oraz wkroczenia tam Niemców i Austriaków, Rada Regencyjna[4] zatwierdziła (4-go lutego 1918-go roku) rozwiązanie „Naczpola” i utworzenie na jego miejsce Rady Naczelnej Polskiej Siły Zbrojnej. W wyniku tych reorganizacji, generał Józef Dowbór-Muśnicki - dotąd dowódca tylko I-go Korpusu -  został naczelnym dowódcą całej Polskiej Siły Zbrojnej, a więc wszystkich trzech Korpusów

 Ofensywa wojsk niemiecko-austriackich przeciw bolszewikom rozpoczęła się 18-go lutego, po zerwaniu rokowań pokojowych w Brześciu. W toku tych rokowań Niemcy i Austriacy powoływali się na polski Rząd premiera Kucharzewskiego, powołany przez Radę Regencyjną, nie kwapiąc się jednak na zaproszenie tego Rządu, całkowicie im posłusznego, do udziału w rokowaniach, a nawet zawierając sami, w dniu 9-go lutego 1918-go roku, sławetny układ pokojowy z Centralną Radą Ukraińską przyznający Ukrainie polską Ziemię Chełmską.

 Dowództwo niemiecko-austriackie zaczęło wywierać coraz większy nacisk na I-szy Korpus, żądając konkretnych akcji przeciw bolszewikom. Generał Dowbór-Muśnicki rozpoczął dwustronne pertraktacje. Część oficerów Korpusu przeciwstawiała się współpracy z Niemcami i żądała ścisłej neutralności. Początkowo, Niemcy zgodzili się na „nietykalność granic” obszaru okupowanego przez I-szy Korpus, t.z.w. „Dowborii”. Wkrótce jednak wycofali się z obietnic i nie uznali nawet zwierzchności Rady Regencyjnej (czyli aktualnego Rządu Polskiego) nad Korpusem.

 W dniu 26-go lutego 1918-go roku zawarta została umowa I-go Korpusu z dowództwem wojsk niemieckich na Wschodzie. W myśl tej umowy oddziały polskie zostały podporządkowane Niemcom. Oddziałom Korpusu powierzono prowadzenie brudnej wojny, polegającej na ekspedycjach przeciwko zbolszewizowanej ludności białoruskiej. Przewidywała również udział Korpusu w oczyszczaniu od wojsk bolszewickich terenów wyznaczonych Korpusowi. Wkrótce okazało się, że zagwarantowana, w paragrafie 1-szym umowy, neutralność przestała obowiązywać. Dowództwo niemieckie przejęło kierownictwo operacji i dla „ochrony” obstawiło polskie oddziały niemieckimi kompaniami karabinów maszynowych.

 Najliczniejsze i najdłużej opierające się oddziały polskie na Wołyniu znajdowały się  w Starokonstantynowie i leżącym nieopodal majątku Antoniny. Ofensywa bolszewicka na Kijów spowodowała sformowanie małego oddziału polskiego pod dowództwem pułkownika Juliusza Rómmla (na rozkaz generała Michaelisa). Oddział ten przedarł się do Starokonstantynowa, gdzie formował się 2-gi pułk ułanów – należący organizacyjnie do I-go Korpusu. W niedalekiej Winnicy próbował formować się również 7-my pułk ułanów III-go Korpusu. Do 2-go pułku ułanów w Antoninach dołączył się w styczniu partyzancki oddział porucznika Jaworskiego, który wsławił się zdobyciem na bolszewikach dwóch opancerzonych samochodów, urósł do oddzielnego dywizjonu szwoleżerów i przetrwał w Antoninach aż do kwietnia 1918-go roku[5]. W tym również czasie (koniec lutego, marzec) kwaterował w Antoninach sztab inspektora naczelnego Polskiej Siły Zbrojnej na Ukrainie, generała Michaelisa.

 Po podpisaniu umowy z Niemcami przez Dowbora-Muśnickiego, a szczególnie po podpisaniu w Brześciu przez Austro-Niemcy traktatu pokojowego z Rosją Sowiecką (w dniu 3-go marca 1918-go roku), prysły wszystkie polskie nadzieje. Kossak-Szczucka tak o tym pisze w Pożodze:

 … Jak gdyby zaś na urągowisko, grubym sztychem klecone widmo polsko-niemieckiej ugody szczerzyło zęby w uśmiechu coraz to bardziej szyderczym. Wprawdzie każdy prawie komendant etapu posiadał i chętnie pokazywał tekst umowy, na mocy której wojska polskie miały być traktowane jako korpusy posiłkowe; dowództwo niemieckie miało dostarczać odpowiedniej ilości żywności i furażu, za które zobowiązywała się zapłacić Rada Regencyjna, ale wszystko to było tylko na papierze.

 Dopóki Niemcy nie mieli dostatecznej ilości wojsk dla obsadzenia „sprzymierzonej” Ukrainy, dopóty zostawiali oddziałom polskim pewną swobodę i traktowali je jako równe. Z chwilą gdy przestały być potrzebne, planowo, nieubłaganie zaczęli prowadzić do ich rozbrojenia. Pamiętna umowa I-go Korpusu z Niemcami była prostym morderstwem wojsk polskich i każdy z nas odczuł ją jako taką. Niemcy zastrzegli sobie prawo wyznaczania rejonów dla postoju wojsk polskich. W obrębie tych rejonów Niemcy mieli prawo rekwirować, co im się podobało, lecz oddziałom polskim nie wolno było linii rejonu przekroczyć, ani dla rekwizycji, ani w żadnym innym celu…

 … Czując wrogi nastrój panujący wśród polskich oddziałów, wybuch wiszący na włosku, Niemcy oparli na tej nienawiści nadzieję szybkiego zlikwidowania niedogodnych polskich wojsk. Zastrzegli się więc surowo przeciw wszelkim możliwym starciom między oddziałami lub poszczególnymi żołnierzami. Tych starć zaś nie było sposobu uniknąć. Żołnierz polski był wściekły i chciał iść na Niemca. Nie mógł zostać obojętnym na rozmyślne prowokacje zdarzające się prawie codziennie…[6]

 Tak więc idea regularnego i legalnego polskiego wojska na kresach rozsypywała się w proch. Powstałe z inicjatywy młodych energicznych oficerów i żołnierzy z byłej armii rosyjskiej oddziały partyzanckie (w większości synów inteligenckich rodzin), z braku konkretnych dyrektyw, poczuwały się w obowiązku obrony dóbr rodzin kresowych. O broń nie było trudno, a nawet bolszewicy sprzedawali karabiny maszynowe. Oddaję znów pióro Kossak-Szczuckiej, gdyż ona właśnie była naocznym świadkiem tych wydarzeń:

 … Raz mając broń, oddział, upoważniony przez poprzednich właścicieli, odbierał w najbliższych wsiach zagrabione po folwarkach konie. Nowa jednostka była już gotowa. Należało ją teraz ubrać i wyżywić. W założeniu powinno było tego dokonać ziemiaństwo, to, dla obrony którego oddział był stworzony; w praktyce okazywało się, że ziemiaństwo żadnych produktów już nie posiadało. Furaż, ziarno, bydło, wszystko to było w rękach chłopów. Nowo kreowany oddział partyzancki miał zatem z polecenia ziemian odbierać chłopom zagrabioną własność dworską i obracać ją na swe utrzymanie…

 … Doraźne niebezpieczeństwo kryło się w procedurze rewindykowania zagrabionego mienia, które Centralna Rada Ukraińska „prawnie” oddała chłopom. Na tym fatalnym punkcie oprzeć się mogły wszystkie zarzuty bandytyzmu i grabieży, wszystkie oszczerstwa, jakich nie szczędzili Żydzi i Ukraińcy…

 … Każdy z tych poszczególnych oddziałów tworzył się początkowo z zamiarem przejścia do regularnego wojska polskiego, połączenie się z którymkolwiek z trzech oficjalnie istniejących polskich Korpusów. Mało któremu jednak udało się to tak, jak Jaworskiemu. Chwilę przyłączenia się odkładano na później, aż stracono jedyną możliwą ku temu porę. Przede wszystkim, z chwilą gdy powstały świeżo oddział zaczął jakąkolwiek akcję, nie mógł już opuścić swojej okolicy bez narażenia wszystkich pozostających tam Polaków na straszną zemstę i rzeź…[7]

 *  *  *

 W kwietniu 1994-tego roku zmarł mój ojciec, Edmund Serdakowski. Nie wiedział on wiele o Sprawie wuja Fela, ale też nie zdążył spełnić mojej prośby o spisanie rodzinnych wspomnień. Teraz ja zostałem sam ze Sprawą. Przynajmniej tak mnie się początkowo wydawało.

 Upłynęło parę lat. Powoli zacząłem znajdywać coraz więcej czasu na poszukiwanie korzeni. Zacząłem korespondować z siostrzenicą Agatą z Torunia (córką mojej siostry Ewy), z moją drugą siostrą Inką z Aleksandrowa Łódzkiego oraz z kuzynem Hubertem z Warszawy (synem Wacława Szaniawskiego, brata mojej mamy i oczywiście wuja Fela). W jednym z listów do Agaty wysłałem wycinek Pożogi, dotyczący Sprawy wuja Fela. Wycinek ten przeczytała Inka, w czasie pobytu u siostrzenicy w Toruniu - w październiku 1998-go roku - i coś jej w głowie zaświtało.

 Po powrocie do Aleksandrowa zaczęła szperać w nie wyrzuconych jeszcze pudłach ze starymi rupieciami, pozostałymi po likwidacji domku rodziców, i wśród tych rupieci znalazła, widzianą wcześniej pobieżnie, malutką pożółkłą kopertę ze znajdującymi się wewnątrz kilkoma kartkami zapisanymi równym drobnym pismem. Był to „zaginiony” list wuja Fela, a właściwie dwa listy. Jeden, długi, z przede dnia ekzekucji, zaadresowany do wszystkich i drugi pisany do rodziców tuż przed egzekucją.

 Oto te listy:

List długi, do wszystkich, z prośbą o rehabilitację!

Poniżej znajduje się przepisany tekst tego listu, ale można go również przeczytać ze "skanerowej" kopii.

 Wielki Piątek 11 wieczorem 29/III

 Jestem skazany na śmierć!…

Tak… stało się!… Poddaję się wyrokowi sądu polowego;… jestem spokojny bo nie czuję za sobą tej okrutnej winy, którą mnie przypisują na podstawie języków złych ludzi, na podstawie jednostronnych zeznań źle ku mnie uosobionych jednostek, w końcu na tej tylko podstawie, że już parę tygodni temu było umówione o skazaniu na śmierć „jednego z całej bandy”, a więc „nie wypadało uniewinniać!”.

Nie zginąłem od kuli niemieckiej, nie zginąłem od kuli bolszewickiej, nie zabili mnie chłopi, - niech że zabiją swoi!…

Tak… niech zabiją … może to „im” dopomoże w zrobieniu kariery, może tym morderstwem uda „im” się zamydlić oczy Ukraińskim władzom, a tym samym uniewinnić siebie, - „macie!: ten któren rabował i terroryzował ludność, ten któren nakładał na wsie kontrybucye na własą korzyść, ten który palił wsie, katował chłopów – macie – ten który robił samowolne rekwizycye, ten który bił chłopów aby otrzymać pieniądze i etc. etc. etc… ten właśnie jest przez nas złapany i rozstrzelany jako złoczyńca, łotr, dezerter i rozbójnik”.

Może, powtarzam „im” to dopomoże wytłumaczyć się przed ludźmi, których się „oni” boją, zawdzięczając tylko swej nieumiejętności (bo nie chcę posądzać w czymś gorszym) prowadzenia polityki, zawdzięczając lekceważeniu z jakim była kierowana cała sprawa formowania „polskich sił zbrojnych na Ukrainie” (mówię, lekceważeniem, bo nie dopuszczam do głowy inne przypuszczenia), a może nawet „oni” myślą że „im” się uda tym samym wyrobić sobie w społeczeństwie trochę lepszą opinję niż „oni” mieli dotychczas – nie, chyba że nie!… Jeżeli tylko na świecie jest jeszcze sprawiedliwość to tego nigdy nie będzie!… Bóg jest sprawiedliwym sędzią, niech więc Bóg „ich” sądzi… Ja „im” przebaczam… Dławią mię łzy na samą myśl o tem jakie wrażenie wywrze moja śmierć na moich biednych rodzicach. Ubolewali oni nad straceniem mego brata, który zginął na wojnie od kuli wroga, ale przenieśli tą stratę mężnie -, teraz zaś – stracić syna zabitego przez swoich, zabitego z rozwagą zabitego wpierw moralnie, na własną korzyść dowództwa, zabitego przez tchórzostwo tegoż samego dowództwa – to jest straszny cios!… Mówię to śmiało bo wiem, że tak jest; piszę te ostatnie słowa z rozwagą, bo jestem umysłowo zupełnie normalnym, piszę powtarzam śmiało bo to jest prawda, prawda która nie może się utaić… Umrę z tą nadzieją że dobrzy ludzie oczyszczą moje imię od tego błota którem ono zostało zarzucone, a tym samem dadzą możność mojej zrujnowanej Rodzinie wstać na nogi. Sprawdzenia i dowiedzenia mojej niewinności niech będzie przykładem, że więcej nigdy „swój niewinnie nie zginie od swego”.

Wszystkich, kogo bądźkolwiek skrzywdziłem, najmocniej przepraszam i proszę o przebaczenie i modlitwy. Kolegom Zaleskiemu, Martynowskiemu najserdeczniej dziękuję za dobre serca. Głośno krzyczę: Zaleski i Martynowski są to ludzie bez skazy i ukarano ich niesprawiedliwie. Do p. Sopoćko nie mam urazy – jest to człowiek słabego charakteru. Wieczny odpoczynek Godlewskiemu, który zginął od chłopskiej ręki i tym którzy z nim razem byli zabici. Jeszcze raz żegnam wszystkich i proszę o Modlitwy i wyciągnięcia dobrego imienia mego z błota w którym go utopiono.

 Feliks Junosza Szaniawski

 List ten zapieczętowany oddaję koledze Zaleskiemu i poręczam mu zrobić z nim co mu się podoba.[8]

* * *

List krótki, do Rodziców!

Poniżej znajduje się przepisany tekst tego listu, ale można go również przeczytać ze "skanerowej" kopii.

W. Sobota        N.p.J.Ch.         30/III

Najdrożsi moi Rodzice

 Miałem nadzieję, ale ostatnia zniknęła…..Popełnia się zbrodnia. Nie dali mi możności przyjęcia Komunji Przenajświętszej dlaczego?… To są ludzie, polacy! To jest sprawiedliwość i to robią swoi rodacy!… Boże, Boże, dziej się Święta Wola Twoja!…Proszę o modlitwy i Msze Święte za moją duszę. Żegnam Was wszystkich moi najdrożsi Wasz kochający całym sercem Syn, wnuk i brat:

Felo [9]

* * *

W tych samych rupieciach Inka znalazła nieznane dotąd przez nas zdjęcie wuja Fela, chyba jedno z ostatnich przed śmiercią. Na odwrocie tego zdjęcia widnieje notatka napisana ręką mego dziadka, a ojca wuja Fela:

Felo - Ś.p. Sz.

Poległ Męczeńską śmiercią 30/3 - 1918 w Star. Sieniawie w parku Hr. Stadnickiego i tam pochowany w randze p. Rotmistrza(,) kawaler Św. Włodzimierza(.)

Nie jestem pewien czy Kossak-Szczucka czytała te listy, lub chociaż pierwszy z nich, ten do „wszystkich”. W swoim opisie, przytoczonym na początku tego tekstu, pisze:

 Błądził w postępkach, ale pobudki miał czyste. Ta rozdzierająca w swojej szczerości spowiedź chłopca wielkich zdolności i serca, który…

 Z treści obu cytowanych w całości listów zupełnie nie wynika, żeby wuj Felo „błądził”, raczej uważa, że działał w zgodzie z własnym sumieniem. Nie wynika z nich także aby się spowiadał, przeciwnie, raczej oskarża.

 W dalszym ciągu nie wiele wiadomo o osobistej roli pułkownika Pieńkowskiego w skazaniu i rozstrzelaniu wuja Fela. Ostatnio (w styczniu 1999-go roku) dowiedziałem się od kuzyna, że jeden z naszych dalszych krewnych, pułkownik Tadeusz Rudnicki, już po zakończeniu wojny (w 1918-tym) postarał się o ukaranie płk Pieńkowkiego i spowodował odsunięcie go od wojska i przeniesienie w stan spoczynku. Nie miałem jeszcze okazji sprawdzenia tej informacji, i nie wiem czy będę mógł, obaj już nie żyją.

 Kto to byli ci „oni” z listu wuja Fela? Dowództwo III-go Korpusu z generałem Eugeniuszem de Henning Michaelisem? Dowództwo Legii Rycerkiej (Oficerskiej) z pułkownikiem Pieńkowskim? Kto zatwierdził wyrok? Były prezes „Naczpola” i plenipotent Rady Regencyjnej, chorąży Raczkiewicz? Naczelny dowódca Polskich Sił Zbrojnych na Wschodzie, generał Dowbór-Muśnicki?

 Brakuje na razie materiałów źródłowych aby odpowiedzieć na te pytania. Nie wiem nawet czy jakieś materiały i dokumenty dotyczące Sprawy wuja Fela jeszcze istnieją. Będę jednak nadal szukał. Mam uczucie patrząc na jego ostatnią fotografię, że wuj Felo nadal prosi o rehabilitację. Jego listy odnalazły się i dostały w moje ręce po osiemdziesięciu latach prawie cudem i nic nie wskazuje, żeby je moja mama świadomie przechowała. Słyszeliśmy o istnieniu listu (nie listów), ale nigdy o jego zachowaniu się. Mogła je przejąć nieświadomie, wraz z innymi pamiątkami, po śmierci babci (w 1940-tym) lub po śmierci cioci Jańci (w 1976-tym). Znając moją mamę, nie wydaje mi się możliwe, że o posiadaniu tych listów wiedziała.

 Tekst ©1999-2009 Krzysztof Jan Serdakowski

Podróże geodety    Początek strony 

horizontal rule

W celu stałego ulepszania zarówno zawartości jak i szaty graficznej tych stron, serdecznie proszę Szanownych Gości o pozytywną krytykę mojej pracy, przez napisanie kilku słów opiniujących zarówno to co się Państwu na moich stronach podobało, jak i znalezione błędy czy braki. Obiecuję odpowiedzieć szybko na każdy list. Dziękuję z góry!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

List z prośbą o rehabilitację

       

Strona nr 1        Strona nr 2        Strona nr 3

       

Strona nr 4        Strona nr 5        Strona nr 6

Powrót

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

List do Rodziców

Powrót

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

[1] W cytowanych tekstach herbarza zachowałem oryginalną ortografię oraz interpunkcję.

[2] Według książki Henryka Bagińskiego Wojsko Polskie na Wschodzie 1914-1920, Główna Księgarnia Wojskowa, Warszawa 1921.

[3] Cytat pochodzi z periodyku Wiadomości Wojskowe, L. 12-14, 1917 r. C.B.W. w Warszawie.

[4] Rada Regencyjna utworzona została we wrześniu 1917-go roku przez dwóch germańskich cesarzy (austro-węgierskiego i niemieckiego) po likwidacji Tymczasowej Rady Stanu (utworzonej w listopadzie 1916-go roku), pierwszego od 1831-go roku Rządu polskiego - stworzonego przez byłych zaborców głównie dzięki działalności Józefa Piłsudskiego i jego Legionów. Rada Regencyjna była prawicową trzyosobową grupą, mającą oddać władzę jedynie przyszłemu polskiemu królowi. Skład Rady stanowili: książe Zdzisław Lubomirski, arcybiskup Aleksander Kakowski i Józef Ostrowski.

 [5] Był to zresztą jedyny polski oddział, który nigdy nie został rozbrojony i potrafił przedrzeć się przez linię frontu do Polski i później brać udział, z J. Piłsudskim, w wojnie 1920-go roku.

[6] Zofia Kossak-Szczucka, Pożoga, strona 136, Księgarnia św. Jacka – Towarzystwo Zofii Kossak, Katowice-Cieszyn 1990.

[7] Tamże, strony 139-140.

[8] List przepisany jest z zachowaniem oryginalnej ortografii oraz interpunkcji.

[9] Przypis poprzedni dotyczy również i tego listu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Instrukcja do korzystania z odnośników

Aby przeczytać tekst odnośnika kliknij na jego numer. Aby wrócić do tekstu głównego kliknij na ten samer numer ponownie! Powrót

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Instrukcja

Aby powiększyć jakąkolwiek fotografię czy rysunek, kliknij wewnątrz obrazu. Aby wrócić do tego samego miejsca na stronie, kliknij przycisk Wstecz lub Back znajdujący się w lewym górnym rogu ekranu (browsera).

Powrót