Ulica Dygasińskiego

Start / Début Up / Retour

 

Jak powiększyć fotografię czy rysunek? Kliknij tutaj

Uwagi wstępne

Pod formą tych opowiadań kryją się moje osobiste wspomnienia (Janek) między lutym a wrześniem 1945-go roku. Wszystkie opisane zdarzenia miały miejsce. Niektóre są nieco wzbogacone wyobraźnią zastępującą zawodną pamięć, inne trochę skrócone dla zachowania rytmu. Oczywiście dialogi i myśli są tylko zbliżone do prawdziwych. Prawie wszystkie imiona są autentyczne, ale wszystkie nazwiska fikcyjne. Na fotografii po lewej jest przedstawiony dom na ulicy Dygasińskiego 20 w Warszawie, tak jak wyglądał w roku 2001-szym. Ostatnie piętro było strychem w roku 1945, a później po wojnie, strych został przebudowany na mieszkanie i dobudowano zewnętrzną klatkę schodową.

Nazwy ulic Żoliborza wzięte są z mapy Warszawy wykonanej na podstawie planu miasta z 1939-go i zdjęć lotniczych zrobionych przez Armię Czerwoną w roku 1945-tym. Na mapie zaznaczone są zniszczenia wojenne: Kolor jasnobrązowy -> tereny budowlane; kolor czerwony -> zabudowa zniszczona przez systematyczne podpalanie; kolor brunatny -> zabudowa zniszczona przez systematyczne minowanie; kolor niebieski -> zabudowa której Niemcy nie zdążyli zniszczyć.

Moi rodzice już nie żyją, jak również i ciocia Jańcia. Nasza trójka żyje nadal i mamy jeszcze jedną siostrę, Inkę (Janinę), która urodziła się w 1956 roku, kiedy nasza mama (Maria) miała już prawie 43 lata.

 Tekst opowiadania został wstępnie sprawdzony pod względem gramatycznym i ortograficznym, ale nie został jeszcze skorygowany szczegółowo. Za ewentualne błędy serdecznie przepraszam.

horizontal rule

Zielony wózek

Deszcz    Ekshumacja    Hulajnoga    Arsenał    Stefan    Łebki    Szaber    Kasia    Pomiary    Barykada    Mina    Wiśnie    Śmierć kliniczna    Początek strony

Zielony wózek przechylał się niebezpiecznie na każdym wyboju. Janek wlókł się z tyłu i od czasu do czasu, zgodnie z zaleceniami ojca, próbował go popychać kiedy któreś z kół wpadało do dziury. Z niewielkim zresztą rezultatem. Im dłużej szli, tym bardziej zazdrościł jadącej na wózku siostrze.

 Szli całą rodziną w niekończącym się wężu ludzkim posuwającym się wśród ośnieżonych podwarszawskich pól. Wracali. Tak jak tysiące innych, wracali do nieistniejącego miasta, sami nie bardzo wiedząc po co, ale wracali.

 Z domku przy szosie żyrardowkiej w Grodzisku wyjechali sowiecką ciężarówką, którą udało się Edmundowi wynająć za ostatni dziesięcio-litrowy „butel” spirytusu, pozostały po tajnej rozlewni wódki.

 Od powstańczych wychodźców wiedzieli, że Żoliborz był stosunkowo mało zniszczony, a Maria pamiętała, że właśnie na Żoliborzu mieli ładną willę: ciotka jej bratowej - Jadwigi Szymańskiej - i jej mąż, Ryszard Walter. Słyszeli, że należy wracać szybko, że kto pierwszy ten lepszy; tak więc już na początku lutego wsadzili zielony wózek i trochę „bambetli” na ciężarówkę i jeszcze po ciemku wyruszyli w drogę.

 Ciężarówka dowiozła ich tylko do wsi Górce. Musiała jechać okrężną drogą; z Grodziska przez Błonie do Leszna i później przepychać się zatłoczoną wracającymi drogą. Przed Górcami musieli wysiąść. Droga poprzerywana była coraz częściej głębokimi lejami po bombach, których już nie sposób było ominąć.

 Edmund zaprzągł się do wózka przy pomocy konopnego sznura, uwiązanego jednym końcem u nasady dyszla, a drugim do skórzanego pasa przełożonego przez ramię. Na przodzie, na dużej różowej poduszce, siedziała opatulana w kołdrę trzy i pół letnia Ewunia. Rocznego Leszka niosła Maria na rękach, a z tyłu dreptał siedmioletni Janek.

 Zielony wózek fascynował Janka. Tata wyciągnął go z rowu przy szosie żyrardowskiej, rozbity i z trzema tylko kołami. Przez kilka tygodni naprawiał go w krótkich przerwach w produkcji zabawek na sprzedaż, a najdłużej trwała praca przy zrobieniu brakującego koła. Ale kiedy wreszcie wyschła ostatnia warstwa soczyście zielonej farby, Janek prawie z niego nie wysiadał.

 Wyobrażał sobie, że siedzi we wspaniałym samochodzie i trzymając w rękach poprzeczkę umocowanego na przegubie dyszla „jechał” w nieznane wyobraźni. Czasami jechał nawet naprawdę, kiedy przychodził Rysiek i dał się namówić na popychanie dokoła podwórka.

 Posuwali się powoli zrujnowaną Górczewską w stronę torów kolejowch. Zbliżało się południe. Przy skrzyżowaniu z Elekcyjną musięli się zatrzymać. Jakiś młody mężczyzna coś głośno tłumaczył sporej grupie ludzi otoczonej tobołkami złożonymi na chwilę na śniegu. Edmund podszedł do grupy i dowiedział się że dalej Górczewską iść nie można, jest zaminowana na sporym odcinku.

 Maria posunęła trochę kołdrę ze śpiącą Ewunią i położyła na wózku popłakującego Leszka. Trzeba dać coś dzieciom do zjedzenia, a Leszek pewno znów się zasiusiał. Od paru dni ma podziębiony pęcherz. Janek wdrapał się na leżącą z tyłu wózka stertę kołder i zwinął się w kłębek jak kot. Było mu zimno i był głodny.

 Ludzie naradzali się głośno co czynić, którędy iść. W końcu ktoś powiedział, że słyszał od starego człowieka, który przetrwał ofensywę sowiecką na cmentarzu powązkowskim, że tory kolejowe idące w stronę stałego mostu kolejowego przez Wisłę są stosunkowo mało zniszczone i biegnie wzdłuż nich ścieżka dla pieszych.

 Kolumna przychodźców ruszyła na północ ulicą Elekcyjną, w stronę fortu Bema. Edmund musiał ściągnąć zielony wózek na bok, gdyż Maria nie skończyła jeszcze karmienia Leszka kawałkami ciemnego chleba i odrobiną mleka z malutkiej płaskiej butelki, przechowywanej między piersiami dla utrzymania temperatury. Janek też dostał kawałek chleba i sporego kartofla ugotowanego „w mundurku”. Maria i Edmund nic nie zjedli, a Ewunia spała dalej niewzruszenie.

 Zanim wyruszyli w dalszą drogę, Maria musiała się oddalić w bok dla naturalnej potrzeby. Zsunęła się ostrożnie z nasypu ulicy do płytkiego rowu i tylko częściowo mogąc się skryć za fragmentem drewnianego płotu, przykucnęła z ulgą. Kiedy już miała się podnieść wzrok jej padł na jakiś dziwny kształt wystający ze śniegu o niecały metr. Wytężyła wzrok i zwężonymi oczyma krótkowidza rozpoznała ludzką rękę.

 Idąc ulicą Elekcyjną osiągnęli skrzyżowanie z Obozową i skręciwszy  na wschód dotarli do torów kolejowych. Obozowa tu się kończyła a w jej przedłużeniu zaczynała się Wawrzyszewska prowadząca do cmentarza powązkowskiego. Idąc za innymi, skręcili w lewo, na ścieżkę wydłuż torów.

 Przebycie półtorakilometrowego odcinka tej ścieżki było bardzo wyczerpujące. Ścieżka była wąska i biegła tuż przy skarpie dość wysokiego nasypu, często nadwyrężonego lub wręcz poprzerywanego wielkimi lejami po bombach. Raz nawet musieli całkowicie rozładować zielony wózek i przenosić po troszku cały dobytek dookoła olbrzymiej wyrwy.

 Janek poszedł pierwszy raz z ojcem niosąc jedną drabinkę zielonego wózka, gdy ojciec niósł otuloną w kołdrę, obudzoną już Ewunię. Maria z Leszkiem na rękach została na straży reszty dobytku. Następnie Edmund przeniósł resztę rzeczy między Marią a Jankiem.

 W czasie przeprawy z ojcem, Janek zapomniał na chwilę o zmęczeniu i głodzie. Żeby ominąć wyrwę trzeba było ześliznąć się ze stromego nasypu do rowu, przejść jego dnem około pięćdziesięciu metrów po ubitym stopami śniegu i wdrapać się z powrotem na nasyp. Najciekawsze było zjeżdżanie. Siadł na drabince i zsunął się, hamując gwałtownie na dnie. Przez chwilę miał wrażenie że jedzie na sankach. Dużo mniej ciekawe było wdrapywanie się na nasyp.

 Na wysokości ulicy Burakowskiej opuścili tory kolejowe. Niektórzy przychodźcy szli dalej, ale Maria pamiętała że domek Walterów znajdował się na skrzyżowaniu Dygasińskiego i Dziennikarskiej i bliżej im było tam iść przez Burakowską, Krasińskiego i plac Wilsona.

 Maria dobrze znała Plac Wilsona z przed wojny. Bywała tu dosyć często u koleżanki w czasie studiów w seminarium nauczycielskim. Nie poznała go teraz. Olbrzymie leje po bombach, z których oskarżycielsko sterczały do góry poskręcane w najdziwniejsze formy szyny tramwajowe, otoczone były pustymi oczodołami okien systematycznie powypalanych budynków.

 Zmierzch zapadał szybko i musieli się spieszyć, aby jeszcze za widna odnaleźć dom Walterów. Z trudem przebrnęli przez plac Wilsona, ulicą Krasińskiego dotarli do Dziennikarskiej i posuwając się w kierunku ogródków działkowych nad Wisłą, osiągnęli skrzyżowanie z ulicą Dygasińskiego. Na rogu, po lewej stronie stała jednopiętrowa willa Walterów. Wydawała się nie uszkodzona.

 Edmund przeciągnął wózek przez skrzyżowanie omijając kilka powstańczych mogił i zatrzymał się przy wysokiej furtce w siatkowym płocie. Była na wpół otwarta. Na frontowej ścianie domu widoczna była blaszana tablica z numerem 20 i nazwą Ul. Dygasińskiego. Pod tablicą, nierówne litery cyrylicy nabazgrane czarną farbą oznajmiały że :

МИН НЕТ - min nie ma!

 Maria z dziećmi i zielonym wózkiem została na ulicy, a Edmund ostrożnie rozwarł szerzej metalową furtkę i wszedł na ścieżkę biegnącą do kilkustopniowych schodków prowadzących do drzwi wejściowych znajdujących się w lewej ścianie domu.

 Janek wgramolił się znów na kołdry i zwinął w kłębek. Dygotał z zimna. Maria położyła śpiącego Leszka obok i oparła się ciężko o bok wózka. Ewunia pokwękiwała że jest głodna i że chce już do domu.

 Edmund wrócił po kilkunastu minutach. Powiedział do Marii, że dom jest jeszcze niezamieszkały, ale był już odwiedzony przez potencjalnych lokatorów. Nie sprawdził wszystkich pomieszczeń bo schody na piętro są poważnie uszkodzone a w dachu domu oraz suficie i podłodze salonu jest wielka dziura. Duża bomba lotnicza, lub pocisk z działa kolejowego rozbił dach i podłogi i zarył się głęboko w piwnicy. Z jakichś powodów nie wybuchł i dlatego z zewnątrz dom wyglądał na nietknięty.

 Weszli ostrożnie do domu i rozlokowali się w najbardziej bezpiecznym, jak im się wydawało, rogu salonu. Na kolację zjedli resztki czarnego chleba, a Leszek wypił ostatek ogrzanego ciałem Marii mleka.

 Deszcz

Zielony wózek    Ekshumacja    Hulajnoga    Arsenał    Stefan    Łebki    Szaber    Kasia    Pomiary    Barykada    Mina    Wiśnie    Śmierć kliniczna    Początek strony

Janek obudził się kiedy było jeszcze zupełnie ciemno. Słyszał jakieś szelesty i wydawało mu się że ktoś chodzi po pokoju. Spojrzał w górę, ale nie zobaczył gwiazd. Instynktownie schował się pod kołdrę, ale po chwili zabrakło mu powietrza i musiał wyjrzeć. Teraz dopiero usłyszał wyraźne kapanie wody. Deszcz padał do salonu przez nieistniejące dach i sufit.

 Spali całą rodziną w salonie, na łóżkach ustawionych rzędem pod jedną ze ścian, nad którą najwięcej zostało osłony. Inne pomieszczenia parteru, poza niewielką kuchnią, zasypane były częściowo gruzem i tak zanieczyszczone ludzkimi odchodami, że spanie w nich było niemożliwością. Na piętro nie było jeszcze dostępu. 

 Jankowi zachciało się siusiu. Wiedział, że w rogu stoi wiadro przykryte ścierką zastępujące ubikację, ale bał się wstawać. Tata naprawił jako tako podłogę w salonie wyciągniętymi z gruzów deskami, ale była nierówna, no i wrażenie że ktoś obcy jest w pokoju całkowicie nie ustąpiło.

 Próbował zasnąć, ale nie mógł już wytrzymać. Spuścił nogi z łóżka i stanął na podłodze. Rozległ się głośny plusk i poczuł chłód aż do kolan. Salon zalany był wodą. Usiadł z powrotem na łóżku i już miał zawołać mamę, gdy znajomy głos odezwał się z sąsiedniego łóżka:

- Zrób siusiu na podłogę Jasiu, do wody.

 Zrobił jak mama powiedziała i zawinąwszy się w kołdrę zasnął.

 Obudził się ponownie kiedy było już zupełnie jasno. Rodziców ani rodzeństwa nie było już w salonie. Deszcz padał nadal i na podłodze utrzymywała się spora warstwa wody spod której wystawały wysepki napęczniałego parkietu. Widok był fantastyczny. Janek poczuł się na okręcie płynącym przez wzburzony ocean pomiędzy bezludnymi wyspami pełnymi ukrytych pirackich skarbów.

 Wyciągnął ubranie spod poduszki i ubrał się pośpiesznie, nie wkładając pończoch ani butów. Wszedł do zimnej wody i przebrnął na drugi koniec salonu, gdzie stała duża staroświecka komoda. Przez chwilę mocował się z drugą od dołu szufladą, która w końcu wypadła z głośnym pluskiem. Wszedł do szuflady i usiadł po turecku. Zaczął płynąć.

 Co za frajda! Odpychając się rękami przemieszczał się po salonie między wysepkami, prawie nie dotykając dna. Drzwi od salonu do innych pomieszczeń były pozamykane i wody ubywało bardzo powoli przez szpary między deskami. W ścianie od korytarza wybita była duża dziura zaczynająca się na wysokości około metra nad podłogą. Służyła za drzwi gdy padał deszcz.

Janek nie usłyszał jak do salonu wśliznęła się przez dziurę mama.

-        Jezus, Maria, Józefie Święty, co ty wyprawiasz chłopcze!

Wyhamował na łóżku i zerknął na matkę.

-        Ta komoda jest pusta, mamo, a szuflada i tak była mokra …

-        Nie chodzi o szufladę, ale o twoje zdrowie, już i tak masz przeziębiony pęcherz i jeszcze się zapalenia płuc nabawisz. Wyłaź natychmiast, zabieraj pończochy i buty i chodź tutaj!

 

Ekshumacja

Zielony wózek    Deszcz    Hulajnoga    Arsenał    Stefan    Łebki    Szaber    Kasia    Pomiary    Barykada    Mina    Wiśnie    Śmierć kliniczna    Początek strony

Po zjedzeniu kaszy z kozim mlekiem Janek włożył kurtkę i wyszedł na zewnątrz domu. Wczoraj i dzisiaj nie był w szkole bo zaczęła się ekshumacja i na ulicach strasznie śmierdziało. Nie bardzo umiał wymówić to słowo, ale wiedział już co ono znaczy i dlaczego śmierdziało.

Wczoraj przyszli jacyś mężczyźni z łopatami i chodzili po ogrodzie grzebiąc w śniegu. Mama zasłoniła okno prześcieradłem, kazała nie wychodzić na dwór i starała się zająć Janka w kuchni grą w pchełki, ale skorzystał z jej nieuwagi i wyjrzał na zewnątrz przez uchylone drzwi.

Tuż przed wejściem do domu leżeli na śniegu trzej tacy sami nieruchomi ludzie o bladych twarzach jakich widział w rowie przy szosie żyrardowskiej. Tylko tamci mieli twarze mniej zielone, porządniejsze ubrania i tak nie śmierdzieli.

Później wyszedł z ojcem po wodę do studni przy ogródkach działkowych i wracając widzieli przejeżdżający ulicą Promyka drabiniasty wóz, zaprzęgnięty w parę koni, cały pełen takich samych zielonych, śmierdzących ludzi. Idący obok wozu woźnica miał twarz obwiązaną różową chustką. Janek złapał ojca za rękę i zapytał:

-        Dokąd on wiezie tych ludzi i skąd ich tak dużo wszędzie?

 Edmund milczał przed chwilę, wreszcie odpowiedział cicho:

-        To są zabici powstańcy i żołnierze, którzy bronili Warszawy. Kiedy zginęli nie było ani czasu ani możliwości aby ich pochować na cmentarzu. Teraz władze miasta robią ekshumację, czyli wykopują ciała z tymczasowych grobów i przewożą je na Powązki, gdzie zostaną pochowani we wspólnych żołnierskich grobach. Cała Warszawa to wielki cmentarz.

Wracali do domu wolno niosąc uważnie wodę. Edmund z dwoma dużymi wiadrami, a Janek z dwoma blaszanymi puszkami po marynowanych ogórkach, do których tata dorobił druciane uchwyty.

Tuż przed furtką, na środku ulicy Dygasińskiego, czerniało prostokątne zagłębienie niedbale zasypanej tymczasowej mogiły. Już pustej. Teraz Janek już wiedział, że pod tym wzgórkiem z kostek kamiennych, po którym codziennie skakał, leżał do niedawna nieżywy człowiek. Zrobiło mu się straszno. Łokciem otworzył furtkę i prawie biegiem popędził do domu rozchlapując wodę. Wpadłszy do kuchni, postawił blaszanki i przytulił się do stojącej przy naftowym prymusie matki.

 

Hulajnoga

Zielony wózek    Deszcz    Ekshumacja    Arsenał    Stefan    Łebki    Szaber    Kasia    Pomiary    Barykada    Mina    Wiśnie    Śmierć kliniczna    Początek strony

Dzisiaj spotkała Janka duża niespodzianka. Wychodząc ze szkoły spotkał na ulicy Ryśka z matką. Ojciec Ryśka nie wrócił z kampanii wrześniowej w 1939-ym roku, a on z matką wyjechali z Warszawy w czasie okupacji i zamieszkali w Grodzisku, za glinianką przy szosie żyrardowskiej. Tam się chłopcy poznali. Matka Ryśka bardzo chciała się spotkać z mamą Janka i całą trójką wrócili na Dygasińskiego. W czasie drogi Janek zauważył, że Ryśkowi brakuje kilku palców u prawej ręki.

Z rozmowy między matkami chłopców wynikało, że wrócili kilka dni temu do Warszawy, do ich byłego mieszkania w śródmieściu. Mieszkania nie odnaleźli. W miejscu gdzie kiedyś stała kamienica było niezmierzone rumowisko gruzów. Poszli więc na Żoliborz, jedną z dwóch niecałkowicie zniszczonych dzielnic stolicy. Drugą był Mokotów. Matka Ryśka wiedziała, że Maria i Edmund poszli na Żoliborz, więc tam też się skierowali.

Rysiek z matką spali na Dygasińskiego 20 tej nocy. Na stałe zostać tu nie mogli, bo wrócił właściciel domu, Ryszard Walter, i czasowo zatrzymali się tu również ciocia Jańcia i Józio. Chłopcy byli w siódmym niebie. Spali w jednym łóżku i Rysiek opowiedział Jankowi co się stało jak rozmontował ten pocisk do „zenitówki”, który mieli razem otwierać, jeszcze w Grodzisku.

Czekałem na ciebie przez kilka dni, opowiadał Rysiek, ale jak nie przychodziłeś to postanowiłem sam zajrzeć do środka. Gruby Józek, wiesz ten od Jóźwiakowej która twojej mamie sprzedawała mleko, też chciał zobaczyć. Włożyliśmy gilzę w „śrubsztag” i próbowaliśmy wyciągnąć nabój obcęgami, ale nie chciał wyjść. Józek wziął młotek i zaczął pukać w czubek. W pewnym momencie coś zaczęło syczeć i zanim się zorientowaliśmy nastąpił wybuch. Józek stracił lewe oko, a ja trzy palce.

Następnego dnia szli do szkoły we trójkę. Rysiek z matką i Janek. Rysiek był starszy o rok od Janka, ale nie umiał jeszcze pisać. Jego mama chciała zapisać go do szkoły Janka, licząc, że uda jej się „zaczepić” gdzieś na Żoliborzu.

Janek niósł na plecach wiązkę drewna na opał a w ręce butelkę koziego mleka. Zeszyt i książkę do rachunków wsadził za pazuchę. Drewno składało się z kawałków porąbanych przez tatę desek, gałęzi i dwóch przeciętych na pół nóg od krzesła. Mleko pochodziło od kozy, którą ojciec wytargował od podwarszawskiego chłopa, w tydzień po ich przybyciu do Warszawy.

Szkoła funkcjonowała na pierwszym piętrze na wpół zburzonego budynku przy placu Wilsona. Prowadziła ją starsza nauczycielka, we własnym mieszkaniu, do którego wchodziło się po drabinie, gdyż ta część domu gdzie była klatka schodowa, leżała w gruzach. Żywność i opał, przysyłane przez rodziców, stanowiły jedyne źródło utrzymania nauczycielki.

Jedyna klasa liczyła piętnaścioro dzieci w wieku od sześciu do dziesięciu lat. Podzielona była na grupy, z których początkująca powtarzała za nauczycielką chórem pierwsze strony elementarza Falskiego: Ala ma kota To jest kot Ali …, natomiast dzieci z tej najbardziej zaawansowanej, leżąc na brzuszkach na podłodze, pisały mozolnie pierwsze wypracowania na poliniowanych ręcznie kartkach zeszytów zrobionych z grubego pakunkowego papieru.

Ryśka do tej szkoły nie przyjęto. Nauczycielka oświadczyła, że nie zależy to zupełnie od niej. Dwa dni temu byli u niej dwaj polscy saperzy i kazali jej opuścić mieszkanie w ciągu tygodnia. Budynek groził zawaleniem i oni wrócą niedługo aby wysadzić go w powietrze. Janek się ucieszył, że już nie będzie musiał chodzić do szkoły. Tyle było ciekawych rzeczy na ulicach i na zaminowanych ogródkach działkowych.

Po lekcjach, nauczycielka oznajmiła dzieciom, że szkoła będzie tymczasowo zamknięta. Ona musi się stąd wyprowadzić i nie wie jeszcze ani gdzie będzie mieszkać, ani gdzie będzie uczyć.

Pod koniec lekcji, leżący obok Janka Władek szepnął, że wczoraj jego tatuś naprawił znalezioną w gruzach hulajnogę i że dzisiaj po szkole będzie ją próbował na kawałku ocalałego chodnika za domem w którym mieszka. Dodał też, że gdyby Janek chciał to może z nim wrócić do domu od razu po szkole i razem wypróbują.

Jankowi zaświeciły się oczy. Co za frajda, przejechać się na prawdziwej hulajnodze! Raz tylko widział z bliska hulajnogę. Było to w Warszawie, przed powstaniem, gdy byli z mamą u cioci Jańci na Wiśniowej. Chłopiec przejechał tuż koło niego. Hulajnoga była cała żółta, z czerwoną kierownicą i kółka miała ze szprychami, na gumowych oponach. Tata raz obiecał że zrobi hulajnogę, ale nie zrobił, zajął się pracą nad zielonym wózkiem.

Hulajnoga była wspaniała, nie tak elegancka jak ta z Wiśniowej, ale jeździło się na niej doskonale. Kółka miała drewniane, ale też na gumowych oponach. Trzeba było tylko uważać na zakręcie, bo kierownica mogła się zaciąć i leciało się wtedy nosem do przodu. Jeździli tak na zmianę całe popołudnie, zapominając o upływającym czasie.

Słońce kryło się już za ruinami, kiedy matka zawołała Władka do domu. Janek jeszcze by sobie pojeździł, ale nie było rady, trzeba było wracać do domu. Przecinając plac Wilsona poczuł się nieswojo. Nagle przypomniał sobie stałe upomnienia mamy, żeby nigdy i nigdzie samemu nie chodził. Ze szkoły miał wracać najkrótszą drogą do domu. Oj niedobrze, mama będzie się gniewać.

Idąc Dziennikarską zobaczył nagle wybiegającą zza rogu Sułkowskiego mamę. Biegła cała czerwona, z rozwianym włosem. Stanęła jak wryta zobaczywszy zbliżającego się syna. Przez chwilę stali obserwując się wzajemnie. Janek czuł jak skóra na nim cierpnie.

-        Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Ty Matko Najświętsza, z ulgą jęknęła Maria.

Złapała Janka w ramiona i przytuliła cała dygocząc. Ale nie trwało to długo. Po chwili złapała gwałtownie chłopca za ramię i pociągnęła w stronę domu.

-        Gdzieś ty był niedobry chłopaku ? Od trzech godzin odchodzę od zmysłów i kilkakrotnie obiegłam cały Żoliborz, zostawiając samych Ewunię i Leszka.

Janek wykrztusił co robił przez całe popołudnie. Maria, sapiąc głośno, przyśpieszyła kroku i dużo już groźniejszym tonem orzekła:

-        Dobrze, że ojca nie ma dzisiaj w domu, bobyś przez tydzień na tyłku nie mógł usiedzieć, ale i tak kary nie unikniesz. Musisz pamiętać, że w ten sposób postępując wystawiasz nas wszystkich na wielkie niebezpieczeństwo.

Po zamknięciu drzwi do salonu, Maria wyjęła z szafy skórzany pasek ojca, kazała Jankowi położyć się na łóżku i złożonym w pół wymierzyła w tyłek kilkanaście mocnych uderzeń.

Pierwsze uderzenia były bolesne. Przy trzecim lub czwartym, Janek instynktownie przekręcił się trochę w bok i pozostałe osłabione zostały przez drewno znajdującej się w tylnej kieszeni spodenek procy. Ale cały czas głośno wrzeszczał.

 

„Arsenał”

Zielony wózek    Deszcz    Ekshumacja    Hulajnoga    Stefan    Łebki    Szaber    Kasia    Pomiary    Barykada    Mina    Wiśnie    Śmierć kliniczna    Początek strony

W tym czasie trwało wielkie wiosenne oczyszczanie miasta. Planowane odgruzowywanie ulic trwało już od miesiąca, a teraz uporządkowywano podwórka i ogródki. Przed wejściem do domu leżała kupa słomy, ukazująca się w miarę jak topniał śnieg. Wszyscy domownicy i goście przechodzili po tej słomie przed wejściem na ganek. Gdy zniknął śnieg, Janek odbijał się z ganku próbując przeskoczyć słomę, ale z reguły lądował na tyłku w połowie kupy.

Kiedy tata zabrał się do porządków, Janek kręcił się przy nim. Nie chodził już do szkoły, bo dom w którym się mieściła rozwalono, a stara nauczycielka gdzieś znikła. Wojskowy komendant dzielnicy obiecał mamie, że niedługo otworzy się inna szkoła, w lepszym pomieszczeniu, ale na razie nic się nie działo.

Janek pomagał ojcu przenosić słomę na środek ulicy i wrzucać na małe ognisko, w którym paliły się inne śmieci. Kiedy tata zdejmował ostatnią warstwę, Janek stał tuż przy nim. Między ostatnimi źdźbłami ukazało się kilka luf karabinowych, obok ażurowe kolby pistoletów maszynowych, wreszcie gniazdo pełne jajowatych granatów. Tuż przy murze domu stało kilka ciemno zielonych skrzynek.

Edmund odgarnął resztę słomy i powiedział do Janka:

-        Tylko broń Boże nie dotykaj niczego. Zaraz pójdę do komendanta dzielnicy zawiadomić o tej broni i oni to szybko zabiorą.

Janek już umiał rozpoznawać broń ręczną. Wbrew upominaniu rodziców, był obecny na kilku spotkaniach ze Stefanem i wiedział jaka jest różnica między karabinem a  pistoletem maszynowym, granatem zaczepnym a obronnym. Wpatrywał się zafascynowany w te skarby, już kombinując gdzie by to można było schować ich część.

Edmund przyniósł z szopki, gdzie mieszkała koza, kilka desek i częściowo przykrył zbrojownię. Powiadomiwszy Marię o znalezisku, włożył marynarkę z dokumentami i poszedł do komendy dzielnicy. Janek wahał się czy biec do Ryśka z nowiną, czy nie. Ostatecznie zdecydował, że na razie to będzie tylko jego tajemnica no i musi znaleźć kryjówkę.

Przypomniał sobie, że raz bawili się z Ryśkiem w częściowo zasypanym gruzem pokoju za łazienką. Musieli wtedy uważać na dziurę w podłodze, w rogu pokoju, przy zewnętrznej ścianie. Stwierdzili nawet ze zdziwieniem, że dziura nie była na wylot, aż do piwnicy. Janek postanowił sprawdzić co się stało z tą dziurą.

Pokój za łazienką został oczyszczony z gruzu i służył jako składnica połamanych i nieużywanych mebli. Sprawdziwszy że mama zajęta była karmieniem Leszka, Janek wśliznął się do rupieciarni. Dziura została załatana dwoma deskami, ale przy odrobinie wysiłku można było te deski podważyć. Wrócił do koziej szopy, znalazł „mesel” ojca i próbował ponownie prześliznąć się do pokoju.

Widząca wszystko Maria zainteresowała się wędrówkami Janka, ale uspokojona jego obecnością w domu, zgodziła się na zabawę w rupieciarni. Po niecałej pół godzinie schowek na broń był gotów. Dziura była lepsza niż Janek się spodziewał. Wystarczająco długa na schowanie pistoletu maszynowego i wystarczająco głęboka, aby zmieściła się w niej skrzynka z amunicją. Teraz tylko trzeba było przenieść do niej część skarbów z podwórka.

Ku wielkiej radości Janka tata wrócił bez żołnierzy. Komendant dzielnicy zanotował sobie adres ale powiedział że nie może teraz wysłać ludzi, są zajęci pilniejszymi sprawami, jak na przykład rozbrajaniem min i niewypałów w nadających się do zamieszkania budynkach.

W ciągu następnego tygodnia, Janek przeniósł do skrytki: dwa pistolety maszynowe z magazynkami, sześć jajowatych granatów obronnych, dwa pałkowate granaty zaczepne oraz kilkadziesiąt naboi karabinowych, wyciągniętych z jednej z zielonych skrzynek. Całej skrzynki nie mógł udźwignąć.

Starał się zamaskować ubytek przed domem jak najlepiej i z nieoczekiwaną pomocą przyszedł mu właściciel willi, Ryszard Walter. Kiedy w kilka dni po odkryciu „arsenału” wrócił po tygodniowej nieobecności na Dygasińskiego 20, zzieleniał z przerażenia dowiedziawszy się co leżało pod kupą słomy.

-        To ja przez tygodnie skakałem po tych granatach, które w każdej chwili mogły wybuchnąć, jęknął bezradnie.

Od tej pory obchodził „arsenał” z daleka i poprosił Edmunda o dołożenie kilku desek:

-        Żebym ja już więcej nie musiał oglądać tego świństwa, zanim go te sołdaty nie zabiorą.

Tata spełnił prośbę „wuja” Ryszarda i nie zorientował się, że część „arsenału” „wyparowała”.

 

Stefan

Zielony wózek    Deszcz    Ekshumacja    Hulajnoga    Arsenał    Łebki    Szaber    Kasia    Pomiary    Barykada    Mina    Wiśnie    Śmierć kliniczna    Początek strony

Stefan pojawił się na Żoliborzu w połowie kwietnia. Miał ponad osiemnaście lat i podobno brał udział w powstaniu. Dla Janka i jego rówieśników był wojennym bohaterem i słuchali go z wielkim nabożeństwem gdy „przemawiał”, a robił to często. Stefan prawie nigdy nie był sam. Gdy pojawiał się na ulicy, natychmiast zjawiało się kilku innych chłopców, dużo młodszych od niego, którzy nie odstępując mistrza na krok dreptali za nim po ulicach dzielnicy.

Ostatnią ulicą przecinającą Dygasińskiego, na wschód od Dziennikarskiej, była ulica Koźmiana. Na podwórku jednego ze zburzonych domów znajdowała się na wpół zasypana studnia. Wody w niej nie było i mimo półmroku można było wyraźnie widzieć dno. Tą studnię odkrył i pokazał chłopcom Stefan. Powiedział, że będzie ona poligonem ćwiczebnym ich „oddziału” dla wypróbowania granatów.

Na Żoliborzu, tak jak w całej Warszawie w tym czasie, stale słychać było jakieś wybuchy. A to saperzy wysadzali niewypały, a to budowniczy rozbijali dynamitem betonowe gruzy, a to ktoś tracił życie na przypadkowo zaczepionej minie.

Nikt więc nie zwracał specjalnie uwagi jak pod kierunkiem Stefana zbierali się chłopcy przy studni, wrzucali do niej różne przedmioty i kiedy Stefan stawał z odbezpieczonym granatem nad cembrowiną, siadali dookoła opierając się plecami o betonową ściankę.

Po kilku sekundach następował brzęczący cembrowinowym echem wybuch, trzęsła się przez moment ziemia i chmura różnego rodzaju odłamków wylatywała ze studni spadając, między innymi, również na przykryte rękami głowy chłopców. Gdy już wszystko opadło, zrywali się i przez dym i kurz próbowali zobaczyć co zostało na dnie studni.

W maju Janek nie mógł chodzić na spotkania ze Stefanem. Musiał pasać kozę. Pasanie polegało na chodzeniu na skraj ogródków działkowych przy ulicy Promyka i trzymając kozę na krótkim sznurku, pozwalanie jej na wyjadanie soczystej trawy z rowu. Dalej kozy puścić nie było można. Tereny działkowe nad Wisłą były gęsto zaminowane i wejście na nie groziło natychmiastowym „wyleceniem w powietrze”.

Wczesnym popołudniem słonecznego majowego dnia, Janek siedział na dużym kamieniu mając kozi sznurek okręcony kilkakrotnie wokół ręki. Koza tego dnia była niespokojna i koniecznie chciała iść dalej, po bardziej soczystą trawę w głębi.

Patrzył w stronę Wisły i wyobrażał sobie jej brzeg, do którego na razie nie można było się zbliżyć. Kiedy czasami chodził z ojcem po wodę do studni działkowej, widział bielejące z daleka jedwabne płachty spadochronów zestrzelonych rosyjskich i niemieckich lotników. Stefan od dawna planował wyprawę po taką płachtę, którą można było drogo sprzedać na bluzki i koszule. Podobno nawet raz poszedł, ale zawrócił zgubiwszy tylko jemu znaną „ścieżkę” między minami.

Nagle posłyszał przytłumione głosy, w okolicy skrzyżowania Promyka i Bohomolca. Skierował głowę w tym kierunku i zobaczył stojącą niedaleko grupę chłopców otaczających dość wysokiego mężczyznę. Nie mógł rozpoznać twarzy, ale wydawało mu się że to był Stefan ze swoim „oddziałem”.

Przyglądał się grupie z zazdrością. Sam chciałby do nich pobiec, ale ta przeklęta koza trzymała go na miejscu. W pewnym momencie chłopcy rozstąpili się a wysoki mężczyzna zamachnął się i rzucił coś podłużnego w kierunku Janka.

Chłopiec obserwował z uwagą zbliżający się przedmiot i zanim spadł na ziemię rozpoznał niemiecki, pałkowaty granat zaczepny. Granat musiał być rzucony z opóźnieniem gdyż dotykając gruntu natychmiast eksplodował.

Nie pamiętał co było dalej. Kiedy się ocknął, leżał na ziemi i szumiało mu w uszach. Nad sobą widział pochylone twarze i kiedy szum się zmniejszył usłyszał wyraźny głos kobiecy:

-        O patrzcie, otworzył oczy. Cudem jakimś wygląda że cały.

Jakiś mężczyzna przykucnął nad nim i zaczął wypytywać czy go coś boli. Bolał go trochę tył głowy i prawa ręka, ale nie za bardzo. Po chwili przekręcił się na bok i usiadł.

-        Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, dziękczynnie powiedział ten sam głos kobiecy,

-        Ochronił chłopaka, a czyj to on ? dodał inny.

W tym momencie Janek przypomniał sobie o kozie. Zerwał się i rozejrzał dookoła. Nie widząc nigdzie zwierzęcia zaczął płakać. Ludzie już zaczęli się rozchodzić, ale kobieta o znajomym głosie pochyliła się nad nim i zapytała:

-        To ty jesteś Janek z Dygasińskiego ?

Kiedy potwierdził, dodała:

-        Chodź, zaprowadzę ciebie do mamy chłopcze i wytłumaczę co się stało, a z tym bandytą Stefanem to się więcej nie zadawaj, widziałam ciebie z nim kilka razy. To na pewno on rzucił ten granat.

Janek nie przestawał płakać, rozglądając się dookoła. Kobieta chwilę obserwowała chłopca i wreszcie pukając się w głowę rzekła:

-        Szukasz twojej kozy chłopcze ? Ot ona tam na działkach się pasie, nigdy pewno jeszcze tak soczystej trawy nie jadła. Chodź do domu, ona sama wieczorem wróci do swojej komórki. Jest za lekka żeby zdetonować minę, a nikt z ludzi po nią tam nie pójdzie.

Przymrużając krótkowzroczne oczy w kierunku wyciągniętego palca kobiety, Janek dostrzegł w oddali pasącą się między burzanami kozę.

Wrócił do domu z kobietą, która opowiedziała Marii całe wydarzenie. Po uściskaniu prawie cudem ocalałego chłopca, klęknęły obie przed małym obrazkiem Matki Boskiej Częstochowskiej i odmówiły dziękczynne modlitwy.

Koza wróciła sama o zmierzchu, napęczniała z obżarstwa, ciągnąc za sobą sznur na którego końcu wlókł się kawałek oberwanego rękawa Jankowej bluzy.

 

„Łebki” - czyli pasażerowie nielegalni

Zielony wózek    Deszcz    Ekshumacja    Hulajnoga    Arsenał    Stefan    Szaber    Kasia    Pomiary    Barykada    Mina    Wiśnie    Śmierć kliniczna    Początek strony

Pod koniec kwietnia Edmund znalazł w końcu pracę. Przyjęto go jako szofera do spółdzielni warzywniczo-owocowej. Jeździł do podwarszawskich miejscowości po zaopatrzenie do powstających jak grzyby po deszczu sklepików spożywczych.

Początkowo jeździł sam, ale wkrótce musiał znaleźć sobie asystenta, szczególnie na dalsze wyjazdy. Te dalsze wyjazdy bardzo szybko przerodziły się z okazyjnych na prawie regularne. Sady i ogrody w pobliżu Warszawy były w większości zniszczone i nie nastarczały zapotrzebowaniu zmartwychwstającego miasta.

Najczęstszym miastem docelowym tych dalszych wyjazdów był Płock. Tam mieszkał i posiadał duże sady i ogrody warzywne brat babci Janka, Tadeusz Koźniewski. Edmund, w imieniu spółdzielni, zawarł z wujem umowę na stałą dostawę warzyw i owoców do Warszawy.

Dodatkowym zarobkiem Edmunda były „łebki”, czyli pasażerowie. Publiczny transport międzymiastowy prawie jeszcze nie istniał. Potrzebny był asystent jadący wśród pasażerów na skrzyni ciężarówki i informujący kierowcę, że jakiś pasażer chciał już wysiąść, lub gdy szykowało się coś podejrzanego.

Tym asystentem został Janek. Maria protestowała gorąco, ale tym razem musiała przegrać przeciwko jednomyślnej postawie ojca i syna.

Podniecające sytuacje zdarzyły się w obu kierunkach. W drodze do Płocka ciężarówka pełna była pasażerów, rowerów, małych wózków i różnych tobołków. Janek z reguły siedział z ojcem w kabinie, chyba że tata wiózł coś do Płocka. Wtedy podróżował na skrzyni, siedząc na dużej poduszce, tuż za kabiną.

W czasie jednej takiej podróży Edmund wiózł dwa prawie nowe rowery, zamówione przez wuja w Płocku, a kupione na warszawskim bazarze. Rowery stały przywiązane do boku ciężarówki, przykryte brezentową płachtą. Oprócz Janka, na skrzyni ciężarówki podróżowało pięciu pasażerów, samych mężczyzn.

Przez małą szybkę w tyle kabiny, na klęczkach, Janek obserwował drogę przed samochodem i zmieniającego biegi ojca. Kiedy już zmęczył się tą pozycją, odwrócił się i usiadł na poduszce. Zauważył wtedy coś nienormalnego. Dwóch pasażerów manipulowało przy odkrytych już rowerach ojca, a trzeci patrzył intensywnie na Janka trzymając palec na ustach. Janek poczuł się nieswojo, ale pamiętał ostrzeżenie ojca: Gdybyś zauważył coś podejrzanego to natychmiast stukaj w kabinę.

Już zaczął podnosić rękę, gdy obserwujący go mężczyzna rzucił się do przodu. Nie przewidział jednak, że odwinięta z rowerów brezentowa płachta leżała z tyłu na jego nogach. W momencie skoku zaplątał się w nią i upadł na odgradzające go od Janka tobołki.

Janek zerwał się na nogi i zaczął bębnić w dach kabiny. Ciężarówka zaczęła hamować z ostrym piskiem. Mężczyźni poderwali się na nogi i wyrzucając rowery za burtę wyskoczyli jeden po drugim, przy znacznej jeszcze szybkości pojazdu.

Ciężarówka stanęła i Edmund wyskoczył z kabiny z pistoletem w ręku. Kilkanaście metrów z tyłu, jeden z mężczyzn próbował unieść jeden z rowerów w przydrożne a krzaki, a drugi leżał na szosie nieruchomo.

Edmund krzyknął głośno do pierwszego że go widzi i będzie strzelał jak się nie zatrzyma. Mężczyzna potknął się i upadł, po chwili wstał, ale już nie podniósł roweru. Kulejąc uciekał poprzez świeżo zaorane pole.

Przez cały czas akcji, Edmund nie oddalał się od ciężarówki. Teraz wspiął się na stopień i zajrzał do skrzyni. Trzeci wspólnik leżał nadal na tobołkach z zaplątanymi w „plandece” nogami, a dwóch pozostałych pasażerów siedziało przycupniętych przy tylnej klapie.

Edmund zmierzył wzrokiem każdego po kolei i spytał Janka:

-        Czego ten tak leży rozciągnięty ?

Zanim Janek zdążył odpowiedzieć, jeden z pasażerów przy klapie powiedział drżącym głosem:

-        Panie, my dwaj jedziemy osobno, my uczciwi ludzie.

Edmund przełożył rękę z pistoletem przez burtę ciężarówki i warknął.

-        Wstawaj sukinsynu i wyłaź na ziemię.

Mężczyzna drgnął i po chwili wygramolił się i zeskoczył na drogę. W tym czasie nadjechała z przeciwka wojskowa ciężarówka z polskimi żołnierzami. Zatrzymała się na równi z ciężarówką Edmunda i z jej kabiny wysiadł młody oficer. Edmund nie spuszczał z oka mężczyzny stojącego niepewnie na środku szosy.

-        Co tu się dzieje ? zapytał oficer.

-        Te bandziory chciały mi ukraść rowery, odpowiedział Edmund. Jeden ucieka przez pole, drugi leży tam dalej na szosie, a trzeci to ten tutaj, z pełnymi spodniami strachu.

Młody oficer odwracając się wydał krótki rozkaz i dwóch żołnierzy puściło się w pogoń przez pole. Dwóch innych wzięło między siebie stojącego mężczyznę i odprowadziło do wojskowej ciężarówki. Oficer wylegitymował Edmunda i razem podeszli do leżącego na szosie. Pojękiwał cicho. Miał widocznie złamaną lewą nogę i chyba nie był całkowicie przytomny.

Dwaj żołnierze przynieśli polowe nosze i zabrali rannego. Inni pomogli Edmundowi pozbierać trochę poturbowane rowery i włożyć je na ciężarówkę. Przy okazji zabrali trzy niewielkie tobołki należące do aresztowanych. Janek wsiadł z ojcem do kabiny i ruszyli w dalszą drogę. Dwa pozostałe „łebki” uprosiły Edmunda o kontynuowanie podróży, zapewniając o swej uczciwości.

 

Szaber

Zielony wózek    Deszcz    Ekshumacja    Hulajnoga    Arsenał    Stefan    Łebki    Kasia    Pomiary    Barykada    Mina    Wiśnie    Śmierć kliniczna    Początek strony

Warszawa zaludniała się coraz bardziej i odgruzowywanie i oczyszczanie miasta stawało się coraz intensywniejsze. Od incydentu z kozą i granatem, Janek unikał Stefana i jego „oddziału”. Rysiek też przestał przychodzić, a kiedy raz się przypadkowo spotkali na ulicy, to udawał że Janka nie zauważył. Janek zaczął zastanawiać się, czy Rysiek nie był wtedy ze Stefanem kiedy on rzucił ten granat.

Janek snuł się samotnie po ulicach. W końcu maja osiedliła się naprzeciwko nowo przybyła rodzina, rodzice z dwojgiem dzieci. Starszy chłopiec był prawie rówieśnikiem Janka, a jego młodsza o rok siostra była zdumiewająco podobna do błękitnookiej Oli z Grodziska. Świat Janka nagle zmienił kolory, a dom po drugiej stronie ulicy przemienił się z na wpół rozwalonej willi w „książęcy zamek”, w którym mieszkała piękna „królewna”.

Chłopak z przeciwka nazywał się Tadek, a ”królewna” Kasia. Tadek, już w kilka dni po przyjeździe, zaczął namawiać Janka na szaber. Opowiadał, że do Warszawy przybyli w końcu stycznia i osiedlili się w dość dobrze zachowanym domu na Mokotowie. Dom ten był pełen eleganckich mebli i różnych drogich przedmiotów i jego tata zaczął te dobra kolejno wymieniać na żywność, ubranie i opał. Kiedy już wszystko zostało wymienione, zaczęli chodzić do innych domów na szaber. Niedawno wrócili właściciele willi, no i mokotowska komendantura wojskowa dowiedziała się o ich działalności. Musieli szybko uciekać.   

Pierwszy raz poszli z Tadkiem do dużej, prawie nietkniętej, kamienicy na rogu Bytomskiej i Bohomolca. Tadek pokazał jak rozbija się licznik elektryczny i wyciąga z niego duży podkowiasty magnes. Co za cuda można było robić z takim magnesem. Podnosić z ziemi duże gwoździe, spowodować samodzielne poruszanie się po stole metalowych guzików, a nawet zatrzymać na chwilę kieszonkowy zegarek taty.

Tadek pożyczył Jankowi magnes na kilka dni, ale w końcu zabrał, obiecując że niedługo pójdą po inny. Rzeczywiście poszli. W innym mało zniszczonym domu, przy Tucholskiej, znaleźli duży nietknięty licznik. Musieli wchodzić przez parterowe okno od tyłu domu, gdyż drzwi frontowe były zamknięte na klucz a okna zabite deskami. Tylne okno też było zasłonięte kawałkiem dykty, ale niedbale i Tadek nie miał kłopotu z jej oderwaniem. Widać było, że miał doświadczenie w tych sprawach.

Ze stołowego pokoju, do którego należało okno, przedostali się do korytarza. Tadek od razu zaczął wspinać się po schodach, aby spenetrować pokoje na piętrze, a Janek przyciągnął nadłamane krzesło, wspiął się na nie i zaczął manipulować przy liczniku. Nie mogąc sobie poradzić zaczął wołać na Tadka, ale ten odkrzyknął że ma tu ciekawsze rzeczy do robienia niż rozbieranie licznika.

Po bolesnym upadku z krzesła, Janek dał za wygraną i wszedł na górę. Tadek buszował po dużej sypialni z dwoma oknami. Pokój był pięknie umeblowany, miał kolorowe tapety na ścianach i nawet tiulowe firanki, chociaż podarte, powiewały przytulnie przed pozbawionymi szyb oknami. Wzrok Janka padł na mosiężne „lambrekiny” do których przyczepione były firanki. Mama często narzekała, że nie ma na czym powiesić zasłon na oknach. Teraz będzie mógł sprawić jej przyjemność. Stanowczo oświadczył Tadkowi, że „lambrekiny” są jego.

-        Dobrze, dobrze, ja ich nie potrzebuję, mruknął Tadek.

Janek ustawił dwa krzesła, jedno na drugim, i wspiął się na nie. Było chybotliwie, ale mógł dosięgnąć  „lambrekina”, tuż przy łukowatym wsporniku. „Lambrekin” był ciężki i Janek zdejmując go omal nie zwalił się na podłogę. Puścił go i wywijając rękami w powietrzu jakoś się na krzesłach utrzymał. W podobny sposób zrzucił drugi „lambrekin”, ale wsporników zdjąć nie zdołał, były za mocno przykręcone do ściany.

Wyszli z domu obładowani. Tadek dźwigał na plecach dużą różową wsypę do poduszki wypełnioną jakimiś przedmiotami. Janek uginał się pod dwoma mosiężnymi rurami zakończonymi ozdobnymi stożkami, między którymi brzęczało kilkanaście mosiężnych pierścieni ze sprężynowymi uchwytami do zaczepiania firanek.

Z ładunkiem nie wyszli na ulicę. Tadek prowadził sobie tylko znaną ścieżką, na tyłach domów. Zanim doszli do Dygasińskiego musieli dwa razy przeciąć ulice, co Tadek zrobił z dużą ostrożnością, cierpliwie czekając jak chwilowo nikogo w okolicy nie było.

Janek wpadł zdyszany przez furtkę, rzucając „lambrekiny” przed drzwiami. W kuchni zastał mamę karmiącą Leszka. Od progu oznajmił z dumą:

-        Mamusiu zdobyłem prezent dla ciebie!

-        Tak, jaki prezent synku ? zapytała Maria z lekkim niepokojem w głosie.

-        Choć zobacz, leży tuż przed drzwiami.

-        Nie mogę teraz, jak skończę karmić Leszka.

Janek kręcił się niecierpliwie po kuchni nie mogąc się doczekać kiedy mama będzie wolna. Wreszcie mama odstawiła miskę z kaszką, wytarła Leszkowi buzię, wsadziła go do drewnianego kojca i wyszła z Jankiem na zewnątrz. Popatrzyła na leżące „lambrekiny” i spojrzała groźnie na syna:

-        Skąd ty to masz ?

Szczerze zdziwiony reakcją matki, ale już trochę mniej pewny, chłopiec wybąkał:

-        Znalazłem w takim jednym domu, prawie nie rozwalonym i myślałem że się ucieszysz. Przecież kilka razy mówiłaś, że nie masz na czym powiesić zasłon.

-        Z kim byłeś w tym domu ? już trochę łagodniej zapytała Maria.

-        Z nikim, mamo, prawie wszystkie chłopaki z dzielnicy chodzą na szaber i raz słyszałem jak tata mówił do ciebie, że większość jego kolegów ze Spółdzielni też chodzi na szaber, skłamał Janek.

Maria zesztywniała. Stała chwilę nieruchomo. Wreszcie drgnęła, popatrzyła dziwnie na chłopca i rzekła:

-        Zanieś te rzeczy w głąb ogrodu, pod płot, i schowaj żeby nikt nie widział. Jak tata wróci to zaniesiecie je z powrotem do tego domu. A teraz chodź do salonu to ci wytłumaczę dlaczego.

Janek skłamał bez zająknięcia z dwóch powodów. Przede wszystkim dlatego, że bał się, że mama zabroniłaby mu chodzić na przeciw i bawić się z Kasią. No i dlatego, że Tadek kategorycznie zakazał komukolwiek mówić o chodzeniu do obcych domów, pod groźbą nie zabrania go ze sobą nigdy więcej.

W salonie siedli na łóżku i zaczęło się długie tłumaczenie matki, że szaber to zwykłe złodziejstwo, tym bardziej paskudne, że okrada się być może ludzi, którzy wszystko inne stracili i którzy wracają ostatkami sił do może jedynego miejsca w którym coś jeszcze ocalało.

Przez cały czas przemowy wychowawczej Marii, mała Ewunia siedziała na podłodze i sama ze sobą grała w „Czarnego Piotrusia”. Kiedy Maria umilkła, podniosła twarzyczkę otoczoną puklami złocistych włosków i spytała bardzo poważnie:

-        Mamusiu, a co on znowu nabloił ?

Maria nie mogła powstrzymać się od uśmiechu, mimo powagi chwili. Wstała szybko i biorąc Ewunię na ręce rzekła już poważnie:

-        Poproszę tatę, żeby ci tym razem darował, ale nie rób tego nigdy więcej!

Edmund wrócił wieczorem. Już po ciemku odnieśli „lambrekiny” i wrzucili przez tylne okno do tamtego mieszkania. W powrotnej drodze Janek musiał wysłuchać drugiej pedagogicznej mowy, zakończonej nieukrywaną groźbą:

-        Mam nadzieję, że zrozumiałeś, że szaber to znaczy kradzież. Następnym razem nie będę przemawiał gębą, tylko pasem!

 

Kasia

Zielony wózek    Deszcz    Ekshumacja    Hulajnoga    Arsenał    Stefan    Łebki    Szaber    Pomiary    Barykada    Mina    Wiśnie    Śmierć kliniczna    Początek strony

Zabawy z Kasią były bardzo osobliwe. Odbyły się dopiero dwa razy i Janek nie bardzo rozumiał dlaczego chciał jeszcze tak się bawić. Kiedy nachylał się nad brzuszkiem i zaglądał w „kreskę” Kasi, śmierdziało mocno siuśkami, a drugim razem nawet „kaka”. Tym niemniej czuł jakieś dziwne podniecenie i łaskotanie w spodenkach i już nie mógł się doczekać kiedy znowu będą się bawić na zmianę w „pana doktora”.

Zabawę zainicjowała Kasia. Któregoś słonecznego popołudnia, Janek „wisiał” na szczycie furtki i obserwował ulicę. Patrzył też na „książęcy zamek” po drugiej stronie ulicy i próbował zgadnąć w której „komnacie” mieszkała „królewna”. Widział ją tylko raz dopiero, na ulicy, kiedy wracała z matką i bratem z miasta. Tadek zatrzymał się wtedy, złapał siostrę za rękę i powiedział:

-        A to jest Kaśka, która stale przewraca oczami, stale mi dokucza i muszę ją często pilnować, jak mamy nie ma.

Janek nie śmiał podnieść oczu przez chwilę, a kiedy wreszcie się odważył, duże błękitne oczy nie umknęły w bok. Wpatrywały się intensywnie w jego szarozielone.

Kiedy tak się wpatrywał w ”księżęcy zamek”, „wrota zamkowe” uchyliły się i „królewna” pojawiła się na progu. Chwilę stała nieruchomo, jakby się wahając, wreszcie podniosła rękę i zaczęła kiwać zapraszającym gestem. Janek spojrzał do tyłu i na boki, ale nikogo innego w pobliżu nie zauważył. Zeskoczył z furtki i pokazał ręką na siebie, niemo pytając: Ja ?

Skinęła głową, kiwnęła jeszcze raz ręką i schowała się do domu. Janek wahał się przez dłuższą chwilę. Nigdy jeszcze nie był w tamtym domu. Z Tadkiem spotykali się na ulicy. Wreszcie się zdecydował. Pójdzie zobaczyć jak wygląda tamten dom, no i może się dowie gdzie jest „komnata królewny”.

W „książęcym zamku” nie było nikogo oprócz Kasi. Matka wyszła na poszukiwanie żywności, ojciec gdzieś zniknął od rana, a Tadek, który miał Kasię pilnować wyszedł, mówiąc że „zaraz” wróci.

„Komnata królewny” była na piętrze. Z okna można było zobaczyć dom Janka, jeśli uchyliło się kwiaciastą zasłonę. W pokoju stało wielkie drewniane łoże, zajmujące prawie całą przestrzeń, z wąskimi tylko dojściami do niego po obu stronach.

Kasia od razu zaprowadziła Janka do „komnaty” i pokazała mu swoje lalki. Jedna była wypchana trocinami, z pękniętą porcelanową główką. Druga szmaciana z lnianymi włosami i namalowaną chemicznym ołówkiem buzią. A trzecia była drewnianym pajacykiem z ułamanym nosem.

Przez cały czas demonstracji lalek, Kasi się buzia nie zamykała. Opowiadała historię każdej, gdzie znaleziona, czego jej brakowało, co uzupełniła ona sama, a w czym pomogła jej mama. W pewnym momencie schyliła się i z pod łóżka wyciągnęła małe tekturowe pudełko pełne kolorowych szmatek.

Porozkładała szmatki na brzegu łoża i znienacka zaproponowała Jankowi zabawę w „pana doktora”. Janek nie znał takiej zabawy i od razu się zgodził. Był szczęśliwy mogąc przebywać z „królewną” i patrzyć bez przeszkód na jej śliczną twarzyczkę i te wielkie błękitne oczy pod długimi jasnymi rzęsami.

Kasia kazała położyć się Jankowi na plecach, na brzegu łoża, z nogami spuszczonymi na podłogę. Poukładała szmatki na łóżku, po obu stronach Jankowego brzucha i zdecydowanym gestem rozpięła jego harcerską bluzę. Przyłożyła prawe ucho do pępka i przez chwilą nadsłuchiwała uważnie:

-        Myślę że choroba siedzi niżej, muszę to zbadać.

Zanim Janek zdążył coś powiedzieć czy inaczej zareagować, poczuł rozpinanie guzików od rozporka i zaraz potem łaskotanie koło „ptaszka”. Nie śmiał ani drgnąć ani spojrzeć w tamtą stronę. Patrzył w sufit nic nie widząc i było mu jakoś dziwnie przyjemnie. W końcu odważył się zerknąć w „dół”.

Kasia klęczała na podłodze układając szmatki na Jankowym brzuchu. Kilka razy pochylała się do przodu i wtedy czuł jej nos na gołej skórze. Raz poczuł, że dotknęła delikatnie woreczka pod „ptaszkiem”, ale nie był pewien czy nosem, czy językiem. W pewnym momencie Kasia się wyprostowała i oświadczyła stanowczym głosem

-        Jest pan zdrów, tylko dalej nie wiem którędy pan siusia ?

Janek nie wiedział co ma odpowiedzieć. Kasia pochyliła się znów lekko i dotknęła palcem czubka zesztywniałego „ptaszka”.

-        Czyżby tędy ? Czy mogę zbadać bliżej ? Ten dziwny wyrostek wygląda na zarośnięty.

Znów, zanim zdążył coś z siebie wykrztusić, złapała dwoma rękami za czubek i rozchylając skórkę zajrzała do środka.

-        Aha, to tędy pan siusia, a czy pan wie którędy siusiają dziewczynki ?

Nie czekając odpowiedzi wstała, przeszła na drugą stroną łoża i po chwili rozległ się stamtąd „cierpiący” głos:

-        Panie doktorze, ja bardzo źle się czuję. Czy mógłby pan mnie zbadać i przepisać jakieś lekarstwo ?

Oszołomiony Janek usiadł na łóżku, podciągnął spodenki i z trudem zapiął rozporek. Chwilę siedział nieruchomo, ale za plecami rozległa się jeszcze bardziej natarczywa prośba.

-        Oj jak boli! Panie doktorze proszę mnie zbadać!

Wstał z łoża i obejrzał się nieśmiało. Na przeciwnym brzegu leżała Kasia w takiej samej pozycji jak on przed chwilą. Sukienkę miała podwiniętą, a dookoła „kreski” poukładane były te same kolorowe szmatki. Janek okrążył łoże i stanął przed leżącą dziewczynką. Nigdzie nie było widać majteczek, chyba w ogóle ich nie miała.

Janek po raz pierwszy widział  „kreskę” z tak bliska. Mama zawsze się przed nim chowała przewijając Ewunię i tylko kilka razy i to z daleka widział że dziewczynki mają co innego w majteczkach niż chłopcy, a właściwie nic nie mają.

Pytanie Kasi rozbudziło jego wrodzoną ciekawość. No właśnie, którędy siusiają dziewczynki ? Nadarzała się doskonała okazja, żeby się o tym przekonać. Naśladując niedawne gesty Kasi, klęknął przy łożu i pochylił się nad brzuszkiem. Klękając zerknął nieśmiało na dziewczynkę, ale ta miała oczy zamknięte i zupełnie nie cierpiętniczy wyraz twarzy. Ośmielony, zaczął przyglądać się z bliska „kresce” i też dotknął nosem pępka. Całe ciało Kasi zadrżało. Podniósł szybko głowę, trochę przestraszony, ale oczy dziewczynki były nadal zamknięte, a z buzi nie znikał zagadkowy uśmiech.

Nie bardzo wiedział co robić dalej. Miał ochotę dotknąć „kreski” ręką, ale nie mógł się odważyć. Gdy tak klęczał niezdecydowany, Kasia odezwała się prawie sennym głosem:

-        No i czy pan doktor już wie którędy siusiają dziewczynki ? Jeżeli jeszcze nie, to niech pan zajrzy do środka, to się dowie.

Janek w końcu się zdecydował. Pochylił się jeszcze raz nad gołym brzuszkiem i wskazującymi palcami obu rąk lekko rozchylił „kreskę”. Zapachniało siuśkami a ciałem Kasi znów wstrząsnął dreszcz. Na samej górze, nieco w głębi, zobaczył maleńki otworek. Już nie myśląc o niczym pochylił się i dotknął otworka językiem. Poczuł słony smak. Teraz już wiedział którędy siusiają dziewczynki.

Trzeciej zabawy z Kasią nie było. W kilka dniu po drugiej, „książęcy zamek” nagle opustoszał. Z okna „komnaty” znikła kwiaciasta zasłona a drzwi do „zamku” stały cały ranek otworem. Pod wieczór pojawił się na Dygasińskiego wojskowy patrol. Dowodzący nim oficer wchodził kolejno do zamieszkałych domów.

Kiedy wszedł pod numer dwudziesty, przyjął go Edmund. Oficer zasalutował i zapytał czy coś wiemy na temat działalności sąsiadów z przeciwka. Janek przez okno salonu widział wchodzący do ogródka patrol i z zaciekawieniem podsłuchiwał rozmowy ojca z oficerem.

Tata odpowiedział, że zna sąsiada tylko z widzenia, że mieszka on tu od niedawna i że nie wie co on robi. Janek wiedział, że tata nie mówi prawdy. W parę dni po odniesieniu „lambrekinów” słyszał jak raniutko, przed wyjściem do pracy, tata powiedział do mamy: Ten Tadek z przeciwka dobrze się nauczył szabrować od ojca. Pilnuj Janka kiedy idzie się z nim bawić, bo się biedy możemy napytać.

Oficer chrząknął, westchnął i po krótkiej chwili odrzekł:

-        We wszystkich domach taka sama odpowiedź. Polacy są solidarni, nie lubią munduru, nawet jak swój.

Nastąpiła chwila ciszy po której oficer dodał zrezygnowanym głosem:

-        No ten człowiek już więcej szabrować nie będzie. Wyleciał wczoraj na minie, próbując uciec przez ogródki działkowe przed naszym pościgiem. Z chłopca i dziewczynki, idących z ojcem, też niewiele zostało. Jedynie kobieta się uratowała. Uciekała pierwsza mając lepsze oczy. Wypatrywała miny i jakoś nie zauważyła tej o którą zawadził ojciec.

Janek nie słuchał dalej. Uciekł na łóżko i zwinął się w kłębek. Chciało mu się płakać, ale bał się że mama usłyszy. Leżał dłuższy czas bez ruchu, aż w końcu zasnął.

Śniło mu się, że szedł przez jakąś dużą łąkę prowadząc za rękę jasnowłosą dziewczynkę z błękitnymi oczyma. Łąkę przecinały liczne rowy. Przez każdy rów przenosił dziewczynkę „na barana”. Kiedy brał ją na plecy patrzyła w bok spłoszonymi oczami, ale kiedy zsuwała się z jego pleców po drugiej stronie rowu, czuł wyraźnie że nie miała majteczek i stanąwszy na ziemi dziękowała intensywnym chabrowym spojrzeniem.

Janek poczuł ucisk na ramieniu. Czuł, że wpada do rowu. Chabrowe oczy znikały, sen uciekał. Następne szarpnięcie było dużo mocniejsze. Otworzył oczy. Nad nim stała mama i coś mówiła zmęczonym głosem. Próbował się odwrócić i szybko zasnąć ponownie, ale mama szarpnęła jeszcze mocniej i powtórzyła:

-        Wstań, rozbierz się i przykryj kołdrą. Ja nie mam siły na dźwiganie takiego kloca.

Sen uciekł całkowicie.

 

Pomiary

Zielony wózek    Deszcz    Ekshumacja    Hulajnoga    Arsenał    Stefan    Łebki    Szaber    Kasia    Barykada    Mina    Wiśnie    Śmierć kliniczna    Początek strony

Lato zanosiło się gorące. Wszystko było zakurzone: ulice, mieszkania bez szyb i powietrze do oddychania. Janek snuł się samotnie po Dygasińskiego oraz okolicznych uliczkach i wymyślał sobie zajęcia.

Od kilku już tygodni przestał jeździć z ojcem do Płocka. Ze względu na zły stan dróg nie mogli wrócić tego samego dnia i nocowali u ciotecznego dziadka. W tym czasie mama była sama w domu i nie było komu wyprowadzić kozy na pastwisko lub przypilnować Ewuni i Leszka, gdy musiała wyjść z domu.

Od czasu chodzenia na szaber z Tadkiem miał schowaną w skrytce z bronią dużą oprawną w grubą tekturę księgę. Była trochę zapisana, ale tylko kilka pierwszych kartek. Kartki były grube z wydrukowanymi pionowo, w nierównych odstępach, cienkimi czerwonymi i niebieskimi liniami.

Któregoś dnia, pod koniec czerwca, korzystając, że mama wyszła do sklepiku na plac Wilsona, wyciągnął księgę, wyrwał zapisane kartki i na środku pierwszej czystej zaczął rysować plan ulicy Dygasińskiego przy pomocy kopiowego ołówka i krótkiej linijki, którą mu mama zrobiła z kawałka tektury kiedy jeszcze chodził do szkoły.

Bardzo jednak szybko zaczęło mu brakować detali z okolic dalej położonych domów. Kiedy mama wróciła, wymknął się z domu ze schowaną za pazuchę księgą i pobiegł uzupełniać te detale. Odmierzał krokami odległości od brzegu chodnika do słupa nieczynnej latarni ulicznej, do słupka od furtki, czy do schodków wejściowych i przyjmując każdy krok za najmniejszą podziałkę linijki, wrysowywał na kartę brakujące szczegóły.

Ostatni dom na rogu Dygasińskiego i Koźmiana był niezamieszkały. Mury stały, ale wnętrze było całkowicie wypalone. Za tym domem była ta sucha studnia do której Stefan wrzucał granaty.

Po domierzeniu schodków wejściowych, usiadł na nich i wrysował je na plan. Był już zmęczony i postanowił wracać do domu. Zanim się jednak podniósł, zauważył przy murze poziomo leżącą klapę z desek, przypominającą wieko drewnianej skrzyni. Zaintrygowany, położył księgę na schodkach, podszedł do klapy i spróbował ją unieść. Podniosła się bez wielkiego oporu. Zakopana w ziemi drewniana skrzynia wypełniona była lśniącymi karabinowymi nabojami.

Rozejrzał się wokół, ale nikogo nie zauważył. Nie zastanawiając się wiele, odpiął górne guziki bluzy i naładował naboi za pazuchę. Wstał, obejrzał się znów, zamknął klapę i nogą nagarnął na nią trochę czarniawej ziemi. Wziął księgę ze schodków i zasłaniając wzdęty nabojami brzuch skierował się w stronę ulicy Krasińskiego.

Idąc do Dziennikarskiej zastanawiał się jak przemycić naboje do skrytki. Mama wszystko widzi, nawet jak nie patrzy. Pomyślał że schowa je gdzieś tymczasowo w ogrodzie i przeniesie do skrytki jak mamy nie będzie.

Dochodząc do Dziennikarskiej spotkał idącego naprzeciw żołnierza z karabinem. Po czerwonej gwieździe na czapce poznał że to Rosjanin. O Rosjanach słyszał dużo złego w domu. Poczuł się nieswojo. Trochę ze strachem, a trochę z dumą, zastąpił żołnierzowi drogę i przekładając księgę pod pachę rozchylił bluzę i zapytał:

-        Znalazłem dużo „kulek” do karabinu, może je pan chce do swojego ?

Żołnierz zatrzymał się i spojrzał na chłopca. Zobaczywszy naboje uśmiechnął się i odpowiedział:

-        Спасибо малъчик, толъко это германские патроны, тогда я не могу ними стрелатъ, моя винтовка это Мосин! Tłumaczenie

Klepnął Janka po ramieniu i poszedł swoją drogą.

 

Barykada

Zielony wózek    Deszcz    Ekshumacja    Hulajnoga    Arsenał    Stefan    Łebki    Szaber    Kasia    Pomiary    Mina    Wiśnie    Śmierć kliniczna    Początek strony

Któregoś dnia Janek spotkał na ulicy Ryśka. Idąc z pochylonymi głowami prawie się zderzyli. Stali chwilę nieruchomo patrząc na siebie w milczeniu. Pierwszy odezwał się Rysiek:

-        Ja … ja byłem wtedy ze Stefanem, jak on rzucił ten granat. Nawet mu mówiłem, że to ty tam pasiesz kozę, ale on powiedział że ty zawróciłeś z drogi po pociski do „zenitówek” i nie chciałeś z nim iść na działki po spadochron, to on musi postraszyć maminsynka.

Janek nic nie odpowiedział. Tak, kiedyś Stefan proponował mu w tajemnicy wyprawy na zaminowane działki. Nawet raz się zgodził i ruszyli o zmroku ścieżką na przedłużeniu ulicy Bohomolca po pociski do „zenitówek”. Ale przypomniał sobie okaleczoną rękę Ryśka i ślepego na jedno oko Józka i zrobiło mu się straszno. Po kilkunastu krokach powiedział Stefanowi że zawraca i zawrócił. Pójścia po spadochron zdecydowanie odmówił.

Teraz chciał ominąć Ryśka i iść dalej, ale ten zastąpił mu drogę i dodał:

-        Ja już nie należę do „oddziału” Stefana. Nie poszedłem na następne zbiórki, więc mnie wyrzucił. Przysłał tylko takiego jednego, żeby mi powiedział, że jak pisnę komu słówko co się robi w „oddziale”, to Stefan znajdzie sposób aby rzucić we mnie tym jajowatym obronnym granatem, a nie tym pałkowatym, zaczepnym, jak na ciebie.

Janek popatrzył na Ryśka i zapytał:

-        Czego chcesz ode mnie ?

Ryśkowi głos poweselał:

-        Ja bardzo bym chciał, żebyś się na mnie już nie gniewał. Ja nikogo innego tu nie znam, a mamy całymi dniami nie ma w domu. Bardzo bym chciał żebyśmy się znów razem bawili.

Jankowi też brakowało towarzysza. Pomyślał chwilę, ale trzymając fason odpowiedział udając jeszcze obrażonego:

-        Przyjdź do mnie jutro po południu, to pogadamy.

Następnego dnia Maria musiała iść z niedomagającym Leszkiem do lekarza na Pragę. Nakarmiła więc całą trójkę w południe i poszła do Placu Wilsona, a stąd częściowo furmanką zastępującą tramwaj, a częściowo pieszo, do Karowej i stąd znów furmanką przez drewniany most wysokowodny na Pragę.

Rysiek przyszedł tuż po dwunastej, jak jeszcze jedli. Dostał od Marii kawałek chleba z kozim serem. Kiedy mama wyszła a Ewunia zasnęła, poszli do pokoju za łazienką, w którym nadal była rupieciarnia. Janek odkrył skrytkę z bronią i po chwili, zapominając o dąsach, zaczęli układać wspólnie barykadę z połamanych mebli i bawić się w powstanie.

Najpierw "poszli" na patrol z przewieszonymi przez piersi pistoletami maszynowymi gotowymi do strzału. Później, jako Niemcy, „atakowali” barykadę odbezpieczanymi na niby granatami. Wreszcie, jako powstańcy, leżąc za barykadą „ostrzeliwali się”, również na niby, z pistoletów maszynowych. Magazynki były pełne naboi i założone do broni tylko zamki nie były odciągnięte do tyłu.

W końcu zmęczeni zabawą zaczęli sobie opowiadać co się u każdego działo w czasie gdy się nie widywali. Nadal leżeli i trzymali w rękach pistolety maszynowe. Janek, leżący po prawej stronie, nie zauważył kiedy Rysiek odciągnął zamek swojego „peema”. Zaabsorbowany słuchaniem kolegi, nie zastanawiając się, włożył wskazujący palec lewej ręki w otwór zamka. Przez chwilę grzebał bezmyślnie w otworze. Nagle rozległ się metaliczny chrzęst i Janka zamroczył przeraźliwy ból. Gdy oprzytomniał, poczuł że jego palec jest uwięziony w zamku Ryśkowego „peema”.

-        Otwieraj zamek, szybko! Zawył.

Rysiek dopiero teraz zrozumiał co się stało i szarpnął zamek do tyłu prawą obolałą ręką, nie zdejmując lewej ze spustu. Janek ledwo zdążył wyciągnąć zdrętwiały palec gdy zagrzmiała krótka seria i kilka kul odbiło spory płat tynku na przeciwległej ścianie, odsłaniając czerwone cegły.

Janek poderwał się i ukrywszy w prawej dłoni zdrętwiały palec, pobiegł do kuchni i włożył całą lewą dłoń do wiadra z wodą do picia. Wskazujący palec miał zupełnie spłaszczony paznokieć, a ostatni człon czerniał w oczach.

Rysiek wszedł do kuchni ze spuszczoną głową. Z salonu słychać było płacz obudzonej Ewuni. Rysiek kręcił się niespokojnie przez chwilę, wreszcie wybąkał:

-        Schowałem broń do skrytki i zakryłem tak jak było przedtem, ale znak na ścianie został, i pewno zaraz ludzie się zlecą. Na pewno słychać było na ulicy.

Milczał przez chwilę i dodał zrezygnowany:

-        Ja nie chciałem i nie pamiętam żebym pociągnął za „cyngiel”. Ten cholerny „peem” sam wystrzelił … i po chwili, … ja już chyba sobie pójdę, za co się nie wezmę, to coś niedobrego się dzieje.

Janek nawet się nie odwrócił. Palec zaczął mocno pulsować i był już zupełnie czarny do połowy. Ewunia nie przestawała płakać. Trzymając lewą rękę za pazuchą wszedł do salonu. Siostra siedziała na łóżku zalana łzami. Obudziły ją jakieś grzmoty, przestraszyła się i zaczęła wołać mamę. Nie mogąc się jej doczekać zrobiła siusiu do łóżka i teraz, siedząc w mokrej koszuli, płakała z niewygody i wstydu.

Gdy Janek wszedł do salonu Ewunia przestała płakać na chwilę, ale widząc że to nie mama, znów się jej małe usteczka wygięły w podkówkę:

-        Gdzie mama, ja chcę mamy, zaszlochała.

-        Mama zaraz wróci, a teraz nie rycz! warknął Janek.

Ewunia ucichła, ale nie przestała pochlipywać. Przesunęła się tylko bardziej w stronę ściany pociągając za sobą lekki kocyk którym była przykryta. Teraz Janek zobaczył zamoczone prześcieradło. Zrobiło mu się siostry żal. Jemu też zdarzało się nasiusiać w łóżko i wiedział jakie to było nieprzyjemne i pamiętał jak ciocia Jańcia namawiała mamę w Grodzisku aby go ostrzej za to karała. Raz słyszał jak mówiła: 

Należy go postawić na pół godziny w kącie z tym zamoczonym prześcieradłem na plecach, to się szybciej tego złego nawyku pozbędzie.

Wstał podszedł do komody i wyjął suchą koszulkę Ewuni. Na swoim łóżku odkrył koc i zbliżył się do siostry:

-        Masz, zmień koszulę i przełaź na moje łóżko, ja idę na chwilę do kuchni, zaraz wrócę.

Palec rwał coraz mocniej. Janek włożył go na powrót do wody i poczuł ulgę. Po paru minutach wrócił do salonu. Ewunia siedziała już w jego łóżku, tylko koszulkę miała założoną tyłem do przodu. Normalnie by siostrze nadokuczał, ale teraz nie powiedział nic tylko przysiadł się na brzegu. Chwilę posiedział i wreszcie położył się tyłem zwijając w kłębek. Ból w palcu jakby trochę osłabł. Zaczął zasypiać. Zanim kompletnie zapadł w sen, poczuł na głowie delikatne głaskanie małej rączki. 

Maria z Leszkiem i Edmund wrócili do domu wieczorem, prawie jednocześnie. Zastali Janka i Ewunię śpiących na jednym łóżku w salonie. Janek pojękiwał i trzymał lewą rękę wyciągniętą nad głową. Maria natychmiast zauważyła czarno siny palec. Położyła śpiącego Leszka i pochyliła się nad ręką Janka:

-        Jezus, Maria, Józefie Święty to gangrena! Ale przecież przed wyjściem nie widziałam żadnego poważniejszego skaleczenia. Edmuś, chodź zobaczyć!

Edmund już od wejścia poczuł jakiś dziwny zapach w domu, jakby zapach spalonego karabinowego prochu. Szybko obszedł kilka zamieszkałych pomieszczeń, ale niczego podejrzanego nie zauważył. Nie przyszło mu do głowy zajrzeć do rupieciarni.

Kiedy Maria go zawołała, podszedł do Janka i przyjrzał się dokładnie palcowi:

-        To nie gangrena, gdzieś sobie ten palec przytrzasnął. Trzeba przykładać wodą Burowa i poczekać, nic więcej nie da się zrobić. Palec nie jest rozcięty i nie powinno być w środku infekcji.

Ewunia obudziła się pierwsza, posłyszawszy głos mamy. Zerwała się i wyciągając rączki dreptała niecierpliwie zaczepiając nóżkami o plecy Janka. Wkrótce Janek też otworzył oczy. Zobaczył pochylone twarze zatroskanych rodziców i przypomniał sobie wydarzenia popołudniowe. Usiadł na łóżku próbując wsadzić lewą rękę za pazuchę, ale oczywiście było już za późno.

Z początku próbował skłamać, że przytrzasnął sobie palec drzwiami, ale tata spojrzał groźnie i znienacka zapytał:

-        Dlaczego pachnie w domu karabinowym prochem ? Z czegoś strzelał ?

Janek spuścił w głowę i nic nie odpowiedział. Tata naciskał:

-        Z czego i do czego strzelałeś ? Tylko mów całą prawdę, bo ja i tak się dowiem, a wtedy będzie z tobą gorzej.

Janek nie miał wyboru. Powoli, jąkając się, opowiedział o wszystkim. Maria zakryła twarz rękami:

-        Święty Boże, niedobry chłopaku, ty nas wszystkich doprowadzisz do grobu, a siebie pierwszego.

Edmunda już w salonie nie było. Zabił dodatkowymi deskami i wielkimi gwoździami skrytkę z bronią i amunicją, naciągnął na nią rozbite meble i wychodząc z rupieciarni przybił do drzwi wielki skobel i powiesił na nim owalną kłódkę. Później się zastanowię jak się tego „arsenału” pozbyć, mruknął do siebie.

Od tego popołudnia Janek nie spotkał już więcej Ryśka.

 

Mina

Zielony wózek    Deszcz    Ekshumacja    Hulajnoga    Arsenał    Stefan    Łebki    Szaber    Kasia    Pomiary    Barykada    Wiśnie    Śmierć kliniczna    Początek strony

Sierpień zaczął się wielkimi upałami. Janek nadal pasał kozę, ale coraz rzadziej i musiał dużo więcej się z nią przemieszczać, ponieważ trawa przy rowach prawie zupełnie wyschła. Tydzień temu tata przywiózł kilka wiązek siana i od tej pory Janek niewiele miał do roboty, poza pilnowaniem rodzeństwa.  

Gdzieś koło połowy sierpnia, w niedzielę, „wisiał” znowu na furtce obserwując rzadkich przechodniów i spoglądając od czasu do czasu na „książęcy zamek”, w którym nie było już „królewny”, a na oknie „komnaty” wisiała ciemnozielona zasłona powieszona przez nowych lokatorów.

Było wczesne słoneczne popołudnie i było bardzo gorąco. Nagle od strony ogródków działkowych rozległ się potworny huk, aż ziemia zadygotała. Janek zeskoczył z furtki i wybiegł za róg. Na przedłużeniu ulicy Dziennikarskiej, od strony studni, unosił się czarny słup dymu.

Po chwili z okolicznych domów powychodzili ludzie. Była niedziela i prawie wszyscy, co mieli jakąś pracę, odpoczywali po znojach tygodnia. Mały tłumek skierował się w stronę dymu. Janek też chciał iść z innymi, ale ktoś złapał go za rękę. Obok stał tata.

-        Poczekaj, pójdziemy razem, powiedział. Chyba ktoś wyleciał na minie i powinieneś to zobaczyć, może ci się odechce zabaw z bronią.

Poszli wolno za ludźmi. Kilkanaście metrów przed studnią tłumek zatrzymał się. Wszyscy patrzyli w milczeniu na prawo. Kilka kobiet pochlipywało.

Edmund przepchnął się między ludźmi ciągnąc Janka za sobą. Zatrzymali się obok jednej z pochlipujących kobiet. Kilka metrów od ścieżki, stał na wyschniętej trawie but z kawałkiem nogi. Na bucie widać było wyraźnie kilka, już zaschniętych, strużek krwi. Z ochłapów czerwonego mięsa wystawał wąski szpikulec kości.

Kilka metrów dalej, na prawo od buta, zwisał z niewielkiego krzaka kawałek poplamionej jasnozielonej szmaty. Mrużąc oczy Janek rozpoznał na brzegu dużego srebrnego polskiego orła. Nagle zesztywniał. Takiego orła miał naszytego na harcerskiej bluzie Rysiek. Był bardzo dumny, że nikt inny na Żoliborzu takiego nie posiadał. Teraz przyjrzał się uważnie butowi. Tak, to był but Ryśka, but w którym był ostatni raz u niego gdy walczyli na barykadzie w rupieciarni.

Z oddali rozległ się głośny płacz i zawodzenie. Płacz zbliżał się a tłum się przed nim rozstępował. Ukazała się mama Ryśka i stanęła jak wryta. Stała chwilę bez ruchu przypatrując się okropnej scenie. Po chwili coś zagulgotało w jej gardle i nagle z pianą na ustach i okropnymi przekleństwami rzuciła się w stronę ogródków działkowych, trochę na lewo od buta. Dwóch mężczyzn skoczyło za nią natychmiast i złapało za ramiona. Szarpiąc się, kobieta powtarzała z uporem:

-        Puśćcie mnie do tego sukinsyna, to wszystko przez niego, puśćcie mnie, żebym mu jeszcze po śmierci oczy wydrapała!

Dopiero teraz Janek zobaczył że kilkanaście metrów na lewo od buta, obok wyrwy w ziemi, leżał na boku, twarzą do tłumu, człowiek bez nóg. Nawet z tej odległości poznał od razu, że to był Stefan.

W kilka dni po tragedii życie w dzielnicy wróciło do normy. Przybyły nazajutrz patrol saperów rozminował spory kawał terenu dookoła studni. Zabrano ciało Stefana i resztki Ryśka. Poza butem i kawałkiem bluzy, znaleziono jedynie kilka niedużych kawałków jego ciała porozrzucanych w promieniu kilkunastu metrów. Do następnego deszczu krzaki wokół studni miały czerwonawe liście. Jeden z saperów mówił, że Rysiek musiał się potknąć i upaść wprost na dużą minę.

Maria próbowała zaopiekować się matką Ryśka, ale nie mogła się nawet z nią rozmówić. Biedna kobieta biegała z rozwianymi włosami i nieprzytomnym wzrokiem po kilka razy dziennie na miejsce eksplozji, raz się modląc, a raz wykrzykując przekleństwa. Musiano ją złapać i oddać wojskowemu patrolowi, gdyż obawiano się, że pobiegnie dalej, na miny.

 

Wiśnie

Zielony wózek    Deszcz    Ekshumacja    Hulajnoga    Arsenał    Stefan    Łebki    Szaber    Kasia    Pomiary    Barykada    Mina    Śmierć kliniczna    Początek strony

Któregoś dnia Janek wrócił do domu z kozą i nie zastał mamy w kuchni. Przeszukał dom, ale znalazł tylko śpiącą w salonie Ewunię. Mama musiała wyjść gdzieś na chwilę z Leszkiem.

W nieczynnej łazience używanej jako spiżarnia, na desce przykrywającej muszlę klozetową, stał duży owalny półmisek z czarnymi wiśniami. Wiśnie ledwo się na półmisku mieściły.

Patrzył na zjawę jak urzeczony. Nie pamiętał już prawie jak wiśnie smakują. Wiedział, że mama nie lubi jak bez pytania bierze się do jedzenia, ale nie mógł się powstrzymać. Wziął kilka owoców i zjadł. Niebo w gębie. Były dojrzałe, soczyste, słodkie i lekko kwaskowe. Wziął jeszcze kilka i uciekł z łazienki. Mama nawet się nie spostrzeże.

Mama nie wracała. Przez kilkanaście minut kręcił się po domu, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. W końcu wszedł znowu do łazienki i wziął sporą garść owoców. Połknął je błyskawicznie na korytarzu wypluwając pestki w wolną rękę.

Zajrzał do salonu, Ewunia spała jak suseł. Jak w jakimś transie wrócił do łazienki, usiadł na brzegu przykrytej deskami wanny i zaczął pożerać wiśnie. Jadł tak szybko jakby się bał, że mama wróci, a on nie zdąży się najeść. Prawie nie wypluwał pestek. Zdawało mu się że wiśnie były już "wydrelowane" - pozbawione pestek.

W końcu musiał się zatrzymać. Zaczęło mu się kwaśno odbijać i w brzuchu coś burczało. Oprzytomniał i spojrzał na półmisek. Był prawie pusty, a pozostałe wiśnie nie zakrywały nawet dna. Wyszedł z łazienki, posiedział chwilę w kuchni, wreszcie poszedł do salonu i położył się na łóżku. Było mu niedobrze.

Kiedy mama wróciła, poderwał się, ale zakręciło mu się w głowie. Mama położyła pokaszlującego Leszka, zabrała obudzoną Ewunię ze sobą i zaczęła przygotowywać kolację.

W brzuchu Janka działy się dziwne rzeczy. Wyszedł na dwór, wrócił, w końcu poszedł się znów położyć. Nudziło go coraz mocniej. Nagle zerwał się chcąc biec na dwór, ale nie zdążył, zwymiotował na progu salonu.

Maria usłyszała dziwne odgłosy i wypadła z kuchni. Złapała słaniającego się Janka i zaciągnęła na łóżko. Znów zwymiotował. Na łóżku, na podłodze, na Marii, wszędzie było pełno prawie całych wiśni, z widocznymi pestkami:

-        Najadłeś się wiśni, niedobry chłopaku, a były jeszcze nie umyte. O Boże co ja mam z tym łakomczuchem.

Wyszła do kuchni po ścierkę i wiadro z wodą. Kiedy wróciła, Janek znowu zwymiotował i majaczył rzucając się na łóżku. Miał rozpaloną głowę i był nieprzytomny. Dopiero teraz Maria przestraszyła się. Myśląc gorączkowo przypomniała sobie, że jej mama kiedyś mówiła, że zatrutemu trzeba powodować wymioty i przyspieszać trawienie.

Najpierw podniosła chłopca do siedzącej pozycji, pochyliła jego głowę nad podłogą i wsadziła mu palec do gardła. Po kilku zrywach, już prawie bez wiśni, Janek nieco się uspokoił. Maria napoiła go przegotowaną wodą i prawie siłą wlała do gardła łyżkę oleju rycynowego. W całym salonie paskudnie śmierdziało.

Wieczorem wrócił Edmund. Na zmianę siedzieli przy Janku przez całą noc. Koło północy zaczęły wychodzić nie przetrawione wiśnie, drugą stroną. Musieli dwa razy zmieniać prześcieradło. Gorączka zmniejszyła się nad ranem i wtedy chłopiec zasnął spokojniej.

Przez cały następny dzień przeleżał w łóżku. Maria poiła go wywarem z lipy i dopiero popołudniu dostał trochę kaszy gotowanej na wodzie, bez kropli mleka. Pod wieczór, siadając przy łóżku zapytała:

-        A co zrobiłeś synku z resztą wiśni ?

-        Zjadłem, odpowiedział Janek.

-        Jak to zjadłeś, wszystkie ? To niemożliwe. Przecież tego nawet dwóch dorosłych naraz by nie zjadło!

-        Zjadłem, mamo, wszystkie!

Maria nie pytała więcej, ale nie uwierzyła. Pewnie przyszedł jakiś kolega, którego nie chce „wsypać” i razem się objedli.

 

Śmierć kliniczna

Zielony wózek    Deszcz    Ekshumacja    Hulajnoga    Arsenał    Stefan    Łebki    Szaber    Kasia    Pomiary    Barykada    Mina    Wiśnie    Początek strony

Leszek kaszlał coraz częściej. Piał czasami jak kogut, co śmieszyło Janka. Miał koklusz. Maria zrobiła mu syrop z odrobiny miodu, który Edmund przywiózł z Płocka, ale poprawa nie następowała.

Któregoś popołudnia, kiedy mama wyszła do sklepiku, Leszek zaczął rzęzić. Janek bardzo się przestraszył, bo braciszek bardzo się na buzi zaczerwienił. Wziął go na ręce i zaczął nosić w pionowej pozycji. Chłopczyk przestał rzęzić i jego twarzyczka wróciła do bardziej normalnego koloru.

Janek opowiedział mamie zdarzenie, gdy wróciła. Maria zbladła. O mój Boże to symptomy krupu lub dyfterytu, zakłębiło jej się w głowie, a ja nie mam żadnego lekarstwa na tą straszną chorobą, a najbliższy lekarz aż na Pradze. Jutro tam pojadę. Całe szczęście, że Janek przeszedł już koklusz, może się nie zarazi.

Około dziesiątej wieczorem Leszek zaczął się dusić. Mało pomagało noszenie pionowo i potrząsanie. Syropu nie przyjmował. Edmund rano pojechał do Płocka i miał wrócić dopiero jutro. Przykazując Jankowi pilnować siostry i nikomu nie otwierać, Maria zawiązała Leszka w dużą chustę i przywiązała go sobie na plecach w pozycji pionowej i poszła na Pragę.

Po zapadnięciu zmierzchu transport miejski w Warszawie ustawał. Częściowo tylko odgruzowane ulice pełne były dziur i woźnice transportowych furmanek obawiali się połamania koniom nóg. Prawie pięć kilometrów do Karowej i wysokowodnego mostu na Wiśle zabrały Marii ponad trzy godziny. Wielokrotnie się potykała, a dwa razy upadła, boleśnie raniąc kolana.

Na początku mostu wyminęła ją jakaś zapóźniona furmanka. Woźnica widząc kobietę z tobołkiem na plecach zatrzymał się i zaproponował przewiezienie przez rzekę, za darmo. Maria nie zdejmując chusty przysiadła z tyłu furmanki ze spuszczonymi nad jezdnią nogami. Nie miała już siły zaglądnąć do Leszka, który kaszlał coraz słabiej. Zresztą i tak nic mu nie mogła pomóc.

Za Wisłą nie było już daleko. Most kończył się na Brukowej i stąd było jeszcze kilkaset metrów do skrzyżowania z Targową, gdzie przy skrzyżowaniu z Kępną miał gabinet doktor Szulczyński.

Była już prawie trzecia gdy Maria wdrapała się na pierwsze piętro i zastukała do drzwi ż tabliczką:

Dr M. Szulczyński

Pediatra

Stukała dość długo, coraz mocniej. Wreszcie drzwi otwarły się i w progu stanął siwy mężczyzna w szlafroku:

-        Kto tu się dobija po nocy. Ja w nocy nie przyjmuję, kiedyś muszę się przespać, zrzędził.

Maria odrzekła.

-        To ja panie doktorze, Maria z Żoliborza, z chorym Leszkiem. Byłam tu u pana niedawno. Teraz Leszek ma koklusz, chyba także krup, a może i dyfteryt. Zaczął się dusić dziś po południu, oj przepraszam, to było już wczoraj. Niech go pan ratuje.

Lekarz chrząknął i wpuścił Marię do środka. Pomógł jej zdjąć Leszka z pleców i położyć na kanapce lekarskiej. Leszek miał siną twarzyczkę i nie oddychał:

-        Po co mi pani trupa przyniosła, przecież pani widzi że on już nie żyje!

-        A ja panu mówię że jeszcze żyje! Niech pan szybko wstrzykuje sól fizjologiczną, bo naprawdę będzie za póżno.

Lekarz spojrzał na Marię ze zdziwieniem, ale i z pewnym szacunkiem. Skąd ona wie, że trzeba wstrzyknąć sól fizjologiczną ? mruknął do siebie.

Bez większego przekonania zaczął krzątać się przy nieruchomym Leszku, ale dla Marii było tego za mało:

-        Szybciej, panie doktorze, śmierć kliniczna trwa tylko kilka minut.

Lekarz spojrzał jeszcze raz na Marię, z coraz większym szacunkiem. Nagle zaczął się spieszyć. Położył Leszka na boku i kazał go Marii trzymać w tej pozycji. Wstrzyknął w plecy resztkę surowicy, którą jeszcze posiadał, przeszedł z drugiej strony i w żyłę, koło serca, zaczął wstrzykiwać powoli sól fizjologiczną.

Kiedy uznał że wystarczy, usiadł ciężko na krześle. Maria zerknęła na twarzyczkę Leszka i znieruchomiała. Kolor jej stawał się coraz jaśniejszy i zaczęły drgać malutkie wargi:

-        Chwała Ci Najjaśniejszy Panie, Leszek żyje!

Lekarz zerwał się z krzesła i spojrzał na dziecko. Złapał Leszka na ręce, położył na wznak i zaczął powoli ale systematycznie rozmasowywać nóżki, rączki i klatkę piersiową.

Kiedy Leszek zapłakał, stary lekarz popatrzył na Marię i rzekł drżącym głosem:

-        Tylko matka jest w stanie wyrwać swoje dziecko ze szpon śmierci. To pani go uratowała, nie ja.

Po pomarszczonych policzkach starego lekarza spłynęły dwie duże łzy.

Doktor Szulczyński był kategoryczny. Leszek nie może zostać w powojennej Warszawie. Za dużo tu kurzu, trujących wyziewów, za mało zieleni przerabiającej dwutlenek węgla na tlen. Powiedział do Marii:

-        Mam nadzieję, że ta śmierć kliniczna nie zostawiła jakichś trwałych śladów w organizmie Leszka, ale jego gardło jest poważnie nadwyrężone i nawrót choroby mógłby już być nieodwracalny.

Maria i Edmund podjęli więc decyzję opuszczenia Warszawy. Matka jednego z kolegów Edmunda mieszkała samotnie w dość dużym drewnianym domu na przedmieściach Milanówka, na Sosnowej. Edmund pojechał tam służbową ciężarówką i po krótkich pertraktacjach wynajął cały parter willi. Właścicielka przeniosła się na piętro.

W pierwszej połowie września załadowali skromny dobytek na ciężarówkę i opuścili dom na ulicy Dygasińskiego 20. Janek opuszczał dzielnicę bez żalu. Był podniecony nieznaną nowością i nowymi przygodami. Jedynie westchnął ciężko spoglądając po raz ostatni na okno „komnaty”, do której „królewna” nigdy już nie wróci.

Zielony wózek    Deszcz    Ekshumacja    Hulajnoga    Arsenał    Stefan    Łebki    Szaber    Kasia    Pomiary    Barykada    Mina    Wiśnie    Śmierć kliniczna    Początek strony

Podróże geodety    Początek strony

W celu stałego ulepszania zarówno zawartości jak i szaty graficznej tych stron, serdecznie proszę Szanownych Gości o pozytywną krytykę mojej pracy, przez napisanie kilku słów opiniujących zarówno to co się Państwu na moich stronach podobało, jak i znalezione błędy czy braki. Obiecuję odpowiedzieć szybko na każdy list. Dziękuję z góry!

 Tekst ©2000-2009 Krzysztof Serdakowski 

Podróże geodety    Początek strony

horizontal rule

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-        Спасибо малъчик, толъко это германские патроны, тогда я не могу ними стрелатъ, моя винтовка это Мосин!

-        Dziękuję ci chłopcze, ale to są niemiecke naboje i ja nie mogę nimi strzelać, mój karabin to radziecki Mosin!

Powrót

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Instrukcja

Aby powiększyć jakąkolwiek fotografię czy rysunek, kliknij wewnątrz obrazu. Aby wrócić do tego samego miejsca na stronie, kliknij przycisk Wstecz lub Back znajdujący się w lewym górnym rogu ekranu (browsera).

Powrót